I - przynajmniej na pierwszy rzut oka - z jej raportu na ten temat można by wywnioskować, że sprawy idą ku dobremu – bo i dni wyścigowych, i samych gonitw jest coraz więcej. O ile jeszcze w 2009 r. były to 83 dni i 658 gonitw, to w 2011 r. już 86 dni i 673 gonitwy. Niestety, okazuje się, że te liczby nie przekładają się w żaden sposób na rentowność konnego biznesu państwa.
- - przyznaje Feliks Klimczak, prezes Polskiego Klubu Wyścigów Konnych. Jak wyliczył NIK, od 2009 r. trzy tory wyścigowe: na Służewcu, we Wrocławiu i w Katowicach wygenerowały łącznie ponad 42 mln zł strat. Dlatego zarządzającym nimi spółkom izba wystawiła ocenę negatywną - także za to, jak zarządzają nieruchomościami. Pozytywną ocenę otrzymała jedynie spółka Hipodrom Sopot za wyremontowanie obiektu i mały (zaledwie kilkadziesiąt tysięcy złotych), ale jednak zysk.
- – tłumaczy Klimczak. - – dodaje prezes PKWK.
Ale kiepska sytuacja torów konnych może dziwić, zważywszy na to, ile wart jest cały polski rynek jeździecki (czyli m.in. szkół jeździeckich, stadnin i samych torów) - według szacunków branży gra toczy się o 400 mln euro rocznie i sukcesywnie kwota ta rośnie. Ale z drugiej strony to ciągle niewiele w porównaniu choćby z Wielką Brytanią. - – wylicza mec. Aleksandra Oziemska z kancelarii White & Case.
Brytyjski liberalizm w tym obszarze jest jednak wyjątkowy. W większości krajów zachodnich to państwo jest monopolistą, jeśli chodzi o zakłady na wyścigach konnych, albo przynajmniej kontroluje ten biznes. Tak jest we Francji, w Szwecji, Turcji czy Grecji. - – wyjaśnia Oziemska i dodaje, że włoski rząd co chwilę uchwala na rzecz koniarzy nowe subsydia, zdając sobie sprawę, że branża ta generuje 50 tys. miejsc pracy. I nikt nie zdecyduje się wysadzić ich z siodła.