Grudzień 2012 r., Aula Uniwersytetu Wrocławskiego. Trwa zorganizowana przez Ośrodek Myśli Politycznej im. F. Lasalle’a debata poświęcona sensowności programu Inwestycji Polskich. Dyskusja szybko przeistacza się w spór fundamentalny dotyczący tego, ile państwa powinno być w gospodarce. Uczestnikami są głównie studenci ekonomii. Sympatie sali zdecydowanie liberalne. „Dlaczego rząd ma zabierać moje pieniądze?”, „Przecież państwo czego się nie dotknie, to zaraz zepsuje”, „Tylko wolny rynek jest idealnym narzędziem nakręcania koniunktury”.

Nie inaczej jest w opiniotwórczych mediach głównego nurtu. Wystarczy krótki przegląd prasy z poprzedniego weekendu. W piątek „Gazeta Wyborcza” piórem swojego czołowego komentatora Witolda Gadomskiego pisze na drugiej stronie: „Im silniejsza jest ochrona pracowników zatrudnionych, im hojniejsze są ich przywileje, z których korzystają, tym większe jest bezrobocie”. W ten sposób publicysta „GW” komentuje propozycje „Solidarności”, by wszystkie umowy-zlecenia obłożyć składką ZUS. „Spowolnienie gospodarcze to najgorszy moment, by podnosić koszty pracy” – puentuje Gadomski. Tylko czy w ciągu ostatnich dwudziestu lat liberałowie nie obiecywali nam wielokrotnie, że obniżanie kosztów pracy i podatków to najlepszy sposób na ograniczenie bezrobocia? Efekt jest taki, że mamy dziś jedne z najniższych w Europie (i to nawet na tle innych krajów posttransformacyjnych) kosztów pracy oraz klina podatkowego (kto nie wierzy, niech zajrzy do danych Eurostatu i OECD). I jednocześnie bezrobocie, które tylko na kilka miesięcy (w 2008 r.) spadło poniżej 9 proc.

Z kolei w sobotę w „Rzeczpospolitej” komentarz publicysty gospodarczego Bartosza Marczuka pt. „Państwo poluje na misie”. Chodzi o małe i średnie przedsiębiorstwa, którym administracja celowo rzuca kłody pod nogi. „To niekończący się serial, w którym państwo poluje na mały biznes, gnębiąc go kontrolami, inspekcjami, podejrzeniami, absurdalnymi decyzjami”. Pretekstem do tego komentarza jest historia firmy Biochem z Bochni, w którą rykoszetem uderzyło zarządzenie prezesa NFZ dotyczące refundacji. Owszem historia przygnębiająca. Ale czy uprawniająca do formułowania populistycznej bajeczki o wiecznie złym urzędniczym wilku i zawsze udręczonej przedsiębiorczej owieczce? I już nie chodzi nawet o to, że liberalny populizm nie jest wcale mniej tani niż populizm antyliberalny. Tylko czy pisanie po raz setny o urzędnikach „polujących” na małych i średnich naprawdę tym przedsiębiorcom pomaga? A może zamiast dowodzić na wysokim poziomie ogólności, że urzędnik to bezduszny przedstawiciel państwowego „świata ciemności” i jako taki z zasady musi czynić tylko zło, pokazać, gdzie działanie administracji należałoby faktycznie ulepszyć. Na przykład jak zmusić ustawodawców i urzędy do tego, by nie zmieniały tak często przepisów albo przynajmniej nim to zrobią, sprawdziły, jak wpływają one na życie ludzi (a w tym i przedsiębiorców). Ale droga do tego nie wiedzie przez mniej regulacji, lecz przez regulacje lepsze, podejmowane w interesie ogółu społeczeństwa, a nie grup interesu i lobbystów.

Worki treningowe

Studenci Uniwersytetu Wrocławskiego czy publicyści czołowych polskich tytułów instynktownie ustawiający się na pozycjach mocno liberalnych szczególnie nie dziwią. Są przecież odbiciem poglądów większej części polskiego społeczeństwa. Gdy w maju ubiegłego roku zapytaliśmy (wspólnie z Homo Homini) o poglądy gospodarcze Polaków, wyniki były jednoznaczne. 52 proc. z nas uważa, że najlepszym sposobem na walkę z bezrobociem są obniżki podatków. Wśród najmłodszych respondentów między 18. a 34. rokiem życia ten odsetek sięga nawet 70 proc. Na tym tle pomysły takie jak ozusowanie wszystkich umów cywilnoprawnych (zwanych niekiedy śmieciowymi) oraz podwyżki podatków dla najbogatszych (by z tych pieniędzy finansować powstawanie miejsc pracy) popiera ledwie kilkanaście procent respondentów. Polakom liberalna narracja zdaje się podobać do tego stopnia, że chcą nawet czytać książki na ten temat. I tak wydana pod koniec 2012 r. antologia tekstów wolnorynkowych „Odkrywając wolność” autorstwa Leszka Balcerowicza w ciągu ledwie kilku tygodni osiągnęła status bestsellera (ponad 20 tys. sprzedanych egzemplarzy).

Duże zaufanie do niewidzialnej ręki rynku widać również na wielu innych polach. Żyjemy w kraju, w którym ceny mieszkań są od lat horrendalnie wysokie i absolutnie niedopasowane do parytetu siły nabywczej społeczeństwa. Zmusza to Polaków do wiązania sobie u nogi ciężkiej kuli w postaci ogromnego (w stosunku do zarobków) kredytu rozłożonego na wiele lat. Sytuacja to z punktu widzenia całej gospodarki mocno problematyczna. Bo człowiek zadłużony na wiele lat ogranicza swoją strukturę konsumpcji i nie napędza popytu wewnętrznego. W wypadku utraty pracy wpada w spiralę zadłużenia. To z kolei kiepska wiadomość dla banków, które tych pożyczek udzieliły. Drogie mieszkania to również zła wiadomość dla polskich miast, które są (lub będą) w związku z tym trawione całą masą plag (od powstawania gett biedy i bogactwa po rozlewanie się metropolii na obrzeżach i komunikacyjny paraliż). Jednocześnie mówienie o interwencji na rynku mieszkaniowym jest jednak w liberalnej Polsce tematem tabu. Niekorzystne dla nas wyroki rynku komentujemy tak, jak jeden z bohaterów „Rozmów kontrolowanych” Sylwestra Chęcińskiego komentował wprowadzenie stanu wojennego: „Widocznie musiało, skoro doszło”.

Ale ponieważ pod żelazną pięścią niewidzialnej ręki żyć niełatwo, musimy odreagować te stresy, ustawiając w roli worka treningowego różne grupy społeczne. Takie, które naszym zdaniem do nierównej walki z wolnym rynkiem stawać nie muszą. Na przykład nauczyciele. Dyskusja o przywilejach tej wyjątkowo rozpuszczonej i roszczeniowej grupy zawodowej trwa od lat. W czerwcu rozbudził ją na nowo czołowy polski leseferysta Leszek Balcerowicz, mówiąc w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że „Karta Nauczyciela to jaskrawy przykład przywileju uzyskanego przez określoną grupę zawodową w latach 80. ubiegłego wieku. (...) Przez nią czas pracy polskich nauczycieli przy tablicy jest chyba najkrótszy na świecie”. Karcie obiecał przyjrzeć się wówczas premier Tusk. I nikt nie mówi tu, by Karty nauczyciela nie reformować. Tyle że jak twierdzą siedzący głęboko w tematyce edukacyjnej eksperci, uderzanie liberalnym populizmem w całą grupę zawodową na pewno nie rozwiąże żadnego z problemów nękających polską szkołę. Może warto zastanowić się wobec tego nad wizją zaprezentowaną niedawno w DGP przez Jana Wróbla, publicystę i dyrektora liceum: „Lubię myśleć o tym, że nauczycielki i nauczyciele pracują i na lekcjach, i nie na lekcjach w swego rodzaju nowoczesnym biurze prowadzącym działalność zarówno dla małych, jak i dla dużych Polaków. Są inaczej wykształceni i inaczej opłacani. Jest ich mniej niż dzisiaj, zadań mają więcej niż dzisiaj, ale szkoła jest na tyle atrakcyjnym podmiotem na rynku pracy, że nawet dla dobrego akapitu w CV warto w niej pracować. Struktura jest bardzo elastyczna, a chiński mur dzielący szkołę od świata normalnego rozsycha się i zarasta chwastami. Szkoły są samodzielne, odważne w realizowaniu własnych programów nauczania i otwarte są zwłaszcza w te w dni, w których lekcji nie ma”. Tylko że taka dyskusja wymaga podejścia całościowego. Uznania, że edukacja jest inwestycją, która nigdy nie będzie przynosiła natychmiastowej stopy zwrotu. W rozpoczęciu takiej dyskusji nie pomoże ustawianie nauczycieli w roli darmozjadów.

Niewiele pomaga też płomienne zwalczanie związków zawodowych. Związkowcy to jeden z ulubionych chłopców do bicia. Kolejne sondaże opinii publicznej pokazują, że organizacji pracobiorców nie lubimy i nie szanujemy. Związki są zresztą na wymarciu. O ile w 1991 r. przynależność do „Solidarności” albo OPZZ deklarowało 19 proc. Polaków, o tyle dziś ten odsetek spadł do 6 proc. Zdaniem liberałów to dobra wiadomość. Na poparcie tezy o szkodliwej roli związków można zawsze pokazać przykłady Grecji, Hiszpanii czy Włoch, gdzie broniące swoich interesów grupy pracobiorców blokują reformy i tylko przedłużają kryzys zadłużeniowy, w którym tkwi południe Europy. To jednak tylko część prawdy. Można bowiem równie dobrze wskazać na kraje takie jak Niemcy, gdzie uzwiązkowienie sięga 25 proc. zatrudnionych (i nie ogranicza się do sektora przemysłowego), a jednocześnie gospodarka rozwija się w przyzwoitym tempie. Dzieje się tak dlatego, że związkowcy nie muszą tam wcale strajkować. Według OECD strajków jest tam sześć razy mniej niż w USA, 20 razy mniej niż we Włoszech i 35 razy mniej niż w Hiszpanii. Czyli z grubsza tyle, ile w nieuzwiązkowionej Polsce. W Niemczech wykształcił się po prostu skuteczny system negocjacji taryfowych. Oparty na wzajemnym zaufaniu pracodawców i pracobiorców. U nas sytuacja nie do pomyślenia. Bo jak tu siadać do rozmów z „warchołami i szkodnikami”.

Udziałowcy spółki Rzeczpospolita Polska

Polak najchętniej wpuściłby też wolny rynek do takich zmurszałych „molochów” jak PKP, ochrona zdrowia, uczelnie wyższe, teatry i muzea. Niech konkurują, niech zarabiają na siebie i pokażą, na co je stać. Do pewnego stopnia urynkowienie tych wszystkich usług ma oczywiście sens. Prywatyzacja oznacza, że przedsiębiorstwa nie będą padały łupem politycznych koterii i będą (być może) zarządzane w sposób bardziej efektywny. Ale tylko ideologiczny ślepiec nie dostrzeże tego, że wprowadzenie logiki wolnorynkowej do ochrony zdrowia, szkolnictwa czy transportu musi przynieść również negatywne skutki. Dzieje się tak dlatego, że głównym celem przedsiębiorstw prywatnych jest osiągnięcie zysku. W tym sensie pierwszą decyzją menedżera PKP kierowanego logiką rynku będzie likwidacja nierentownych połączeń. Poprawi to oczywiście bilans spółki. Ale co z ludźmi, którzy tą linią dojeżdżali do pracy? Oczywiście ich los nie wlicza się już w rachunek zysków i strat takiego przedsiębiorstwa. Ale w rachunek zysków i strat spółki o nazwie Rzeczpospolita Polska (którego udziałowcami jesteśmy my wszyscy) już tak. A straty będą takie, że ludzie odcięci od połączenia kolejowego stracą mobilność, a przez to będą mieli dużo mniejsze szanse na znalezienie pracy. A to z kolei strata dla PKB, konieczność łożenia na ich zasiłki oraz większe prawdopodobieństwo korzystania z publicznej opieki zdrowotnej. Nie mówiąc już o stratach kapitału społecznego.

Podobnie jest z wchodzeniem myślenia rynkowego w sektor edukacyjny. „Wyniki egzaminu szkolnego stały się dziś fetyszem, który reprezentuje wszystko, co w edukacji pożądane. W zamyśle test miał być jedynie wskaźnikiem pozwalającym określić, czy zadania edukacyjne zostały osiągnięte. Niepostrzeżenie stał się on jednak samym celem, a nauka zeszła na dalszy plan. Dzieciakom w szkołach mówi się wprost: »Jeżeli nie znasz odpowiedzi na jakieś pytanie, to nie zastanawiaj się, nie trać czasu, tylko idź dalej!«. Szeroka koalicja ciężko pracuje dziś na to, by uczniowie uzyskiwali jak najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Szkoły są tym zainteresowane ze względu na miejsca rankingowe, rodzice – w trosce o kariery swoich dzieci, same zaś dzieci – z myślą o przejściu do następnego etapu edukacji” – uważa Tomasz Szkudlarek, kierownik Zakładu Filozofii Wychowania w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego. I narzeka, że paradoksalnie nasz system zaczął masowo produkować absolwentów nieprzygotowanych do współczesnego rynku pracy. Bo pracodawcy nie czekają wcale na młodych karierowiczów. Wśród cech, które powinien mieć pracownik, wymieniają kreatywność, analityczny rygor i myślenie interdyscyplinarne. Czyli chcą odwrotności współczesnego systemu wychowania.

Wiele wskazuje na to, że dominacja liberalnego dyskursu w polskim życiu publicznym ma jeszcze jeden daleko idący negatywny skutek. Niszczy kapitał społeczny i zaufanie, którego i tak jest w naszym kraju mało. Dowody, że tak jest, dają już nawet przedstawiciele obozu konserwatywnego. Na przykład amerykański filozof z Uniwersytetu Harvarda Michael Sandel. W wydanej właśnie w Polsce książce „Czego nie można kupić za pieniądze” gorąco przeciwstawia się wizji społeczeństwa, w którym dominuje podejście wolnorynkowe. I robi to z przyczyn jak najbardziej praktycznych, twierdząc, że większości społeczeństwa się to nie opłaca. „Z pozoru postulat, by wszystko miało swoją cenę i było poddane rynkowej logice, jest sensowny. Przecież nic tak jak rynek nie zapewnia optymalnej alokacji zasobów. To jednak nie jest takie proste” – pisze Sandel. Bo „gdyby przewaga osób zamożnych sprowadzała się do możliwości kupowania jachtów, sportowych samochodów i drogich wakacji, to nierówności w dochodach nie miałyby większego znaczenia. Jeżeli jednak za pieniądze można kupić coraz więcej – wpływy polityczne, dobrą opiekę zdrowotną, mieszkanie w bezpiecznej okolicy (a nie w dzielnicy z wysoką przestępczością), dostęp do elitarnych szkół – to kwestie różnic majątkowych wysuwają się na pierwszy plan. Bo gdy wszystko, co dobre, można kupić albo sprzedać, to posiadanie pieniędzy jest rzeczą ważną. Bo im większa rola pieniądza, tym głębsze podziały wewnątrz społeczeństwa”. A te się per saldo społeczeństwu nie opłacają. Podobnych argumentów używa wpływowy wydawca konserwatywnego niemieckiego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Frank Schirrmacher. W wydanej kilka dni temu książce „Ego. Gra Życia” prowokacyjnie oskarża egoistyczną logikę wolnego rynku o rujnowanie społeczeństwa obywatelskiego. Kreśli przy okazji ciekawe porównanie: „Musimy wreszcie dostrzec to, że wolnorynkowa neoliberalna ekonomia dominująca od lat 80. była niczym innym jak przełożeniem logiki zimnej wojny na stosunki społeczne. Nie przypadkiem po pokonaniu ZSRR setki specjalistów od teorii gier przeniosło się z Pentagonu na Wall Street. Ich argumenty były tak przekonujące, że wkrótce wszyscy uwierzyliśmy, że gospodarka to gra, w której liczy się tylko zwycięstwo, a koszty i moralność nie mają żadnego znaczenia” – dowodzi Schirrmacher.

Są i tacy autorzy, którzy krytykują entuzjastów wolnego rynku jako niebezpiecznych, bujających w obłokach fantastów. „Czas na chwilę szczerości. Nikt, ale to absolutnie nikt nie wierzy w wolny rynek. Ani Republikanie, ani libertarianie, ani »Wall Street Journal«” – uważa Ian Fletcher, amerykański ekonomista i autor książki „Free Trade Doesn’t Work: What Should Replace It and Why” („Wolny handel nie działa. Czym powinniśmy go zastąpić i dlaczego”). I tłumaczy, że „wolny rynek to rynek w pełni konkurencyjny. To znaczy, że ilekroć próbujesz coś na tym rynku sprzedać, to samo robi twój konkurent. A to oznacza wojnę cenową. Czyli cena idzie w dół. A wraz z nią twój zysk. I właśnie dlatego przedsiębiorcy nienawidzą konkurencyjnych rynków jak plagi. A sposoby na ucieczkę z takiego rynku to jeden z głównych tematów, o których uczą w amerykańskich szkołach biznesu”. Podobnie uważa koreański ekonomista z Cambridge Ha Joon Chang. „Wolny rynek nie istnieje. Zawsze jest odbiciem jakiegoś układu sił. Ci, którym się ten układ podoba, zawzięcie go bronią. Ot, i cały wolny rynek” – dowodzi. Ci wszyscy autorzy nie są lewicowymi odszczepieńcami. Wiara w to, że im więcej wolności gospodarczej, tym lepiej, opuszcza nawet mieszkańców kolebki liberalizmu – USA. O ile w 2000 r. w leseferyzm wierzyło 80 proc. Amerykanów, o tyle dziś to przekonanie kształtuje się na poziomie poniżej 60 proc.

Adam Smith padłby trupem

Krytyka myślenia wolnorynkowego przebija się w Polsce z trudem. „Główna przyczyna to pewnie trwające wciąż odreagowanie czasów realnego socjalizmu” – mówi DGP John E. Roemer, ekonomista z amerykańskiego Yale. Bez wątpienia tak jest. W Polsce wszelkie przejawy przedsiębiorczości i prywatnej inicjatywy były (w imię pozornego socjalizmu) bardzo długo tępione. Dlatego gdy nastał wolny rynek, nie chcieliśmy dopuścić do siebie świadomości, że i on nie jest ustrojem idealnym. Odpowiedzią na trzeszczącą wolnorynkową rzeczywistość było przekonanie, że widocznie rynku jest wciąż... za mało. Ofiarą tego odreagowania pada wiele rozsądnych z ekonomicznego punktu widzenia pomysłów. Na przykład spółdzielczość. Polakom wciąż kojarzy się ona ze skorumpowanymi zarządcami spółdzielni mieszkaniowych w kiepskich garniturach zapamiętanymi z filmów Barei. I budzi opór. A szkoda, bo akurat spółdzielczość mogłaby uczynić bardziej znośnymi wiele dziedzin, w których dyktat wolnego rynku jest szczególnie dojmujący. Na przykład wspomniane już budownictwo mieszkaniowe. Grupa rodzin zbiera się razem, by wziąć wspólny kredyt w banku i zapłacić za remont kamienicy czy przysposobienie budynku poprzemysłowego. Na wolnym rynku pewnie nie będą mieli szans z komercyjnymi deweloperami, ale dlaczego nie mogłoby im pomóc państwo, dostarczając na preferencyjnych warunkach stojące nierzadko puste i niszczejące lokale. Tak robią Niemcy, uznając pomysł za idealny sposób budowania sensownej przestrzeni miejskiej.

Odreagowaniem PRL-u można wyjaśnić wiele. Ale chyba nie wszystko. Ważną rolę w rozmiłowaniu dużej części polskiego społeczeństwa w liberalnych hasłach odgrywa to, że zwolennikiem wolności gospodarczej być niezwykle łatwo. Cóż bowiem prostszego niż głosić, że jest się za obniżeniem podatków, waleniem w tępych i pełnych złej woli urzędników, nauczycieli czy związkowców? Przykładów ma się zawsze pod ręką zatrzęsienie. Kto z nas nie stracił całego dnia na zmaganiach z administracyjną machiną? Kto nie chciałby oddawać fiskusowi mniej swoich ciężko zarobionych pieniędzy? Argumenty kwestionujące prymat wolnego rynku są już dużo trudniejsze. Trudno przekonywać zdrowego i prężnego mężczyznę, że powinien się zrzucać na lekarza dla nieznajomego grubasa z nadciśnieniem (czemu nie chodził na siłownię?!), bezrobotną albo na przedszkole dla dzieciaków z sąsiedztwa (chcieli mieć dzieci, to niech płacą!). Trzeba poświęcić chwilę, by pokazać mu, że ta społeczna solidarność może mu się opłacać. I że społeczeństwo – wbrew słynnym słowom Margaret Thatcher – jednak istnieje.

Kiedyś jeden z czołowych liberalnych publicystów przekonywał, że gdyby klasycy liberalizmu w stylu Adama Smitha czy Friedricha von Hayeka spojrzeli na to, co się dzieje w Polsce, złapaliby się za głowę. Tyle że nie z powodu zbyt małej ilości wolnego rynku w naszym kraju. Odwrotnie. Znając twórczość i biografie obu myślicieli, można przypuszczać, że Hayekowi niezbyt by się w Polsce podobało. W końcu autor „Drogi do zniewolenia”, który większą część życia przepracował na państwowych posadach, byłby zniesmaczony pogardą, jaką większość liberałów otacza pracowników sektora publicznego. A Adam Smith? Chyba padłby z powrotem trupem. Szkot był zdeklarowanym zwolennikiem wolnego rynku. Ale głosił, że nie zadziała on bez dążenia do równowagi i sprawiedliwości społecznej. Jego „niewidzialna ręka” nie miała być tylko zasłoną, za pomocą której najsilniejsi i najbogatsi mogą realizować swoje interesy, nie oglądając się na nikogo. Przeciwnie, powinna zabezpieczać ekonomicznych aktorów zarówno przed zbytnią ingerencją rządów, jak i tworzeniem się monopoli, wymykaniem się rynków spod kontroli i przerzucaniem przez najbogatszych kosztów działalności na resztę społeczeństwa. Może więc warto wrócić do prawdziwego dorobku starego mistrza?

Więcej na ten temat w programie „Kawa czy herbata” w TVP 1 w piątek 22 lutego

Polak najchętniej wpuściłby wolny rynek do takich zmurszałych „molochów”, jak PKP, ochrona zdrowia, uczelnie wyższe, teatry i muzea. Niech konkurują, niech zarabiają na siebie i pokażą, na co je stać