Czy gra przeciwko złotemu nie zdominuje ostatnich dwóch tygodni kampanii wyborczej? Okazja jest wymarzona, bo lecący na łeb na szyję kurs naszej waluty może zrobić na Polakach bardziej piorunujące wrażenie niż słupki poparcia dla partii.

Analitycy przyznają, że może być gorąco. Marek Rogalski z DM BOŚ: – Osłabienie złotego to głównie efekt czynników globalnych.

Czyli sytuacji w państwach peryferyjnych, w strefie euro i w bankach, które mają greckie obligacje.

W weekend pojawiły się informacje, które mogą nieco poprawić nastroje: kraje strefy euro zapowiedziały na spotkaniu MFW i Banku Światowego, że zrobią wszystko, co niezbędne, aby zapobiec kryzysowi. Pojawił się też pomysł, by tak przebudować Europejski Instrument Stabilności Finansowej, który dysponuje 440 mld euro, by mógł pożyczać o wiele większe pieniądze. Piotr Kuczyński, główny analityk firmy doradczej Xelion, dodaje, że w czwartek Bundestag będzie głosował nad pomocą dla Grecji, a ponieważ rynki spodziewają się pozytywnego rozstrzygnięcia, jest szansa na chwilę wytchnienia.

Nie wiadomo, czy to wystarczy, by gracze walutowi zostawili złotego w spokoju. W piątek, kiedy kurs euro przekroczył 4,50 zł, zainterweniowały NBP i BGK. Kontratak okazał się skuteczny, bo euro spadło aż o 10 groszy. NBP nie ujawnił, jakiego kursu będzie bronił. – Dzisiaj, jak ktoś chce ryzykować, grać na osłabienie złotego, to musi wiedzieć, że może się zderzyć z interwencją NBP – powiedział w wywiadzie dla PAP Marek Belka.

Bank centralny zagrał z rynkiem i na razie wygrał. – Gdyby NBP odsłonił karty, spekulanci zrobiliby wszystko, żeby przebić tę granicę. Nie zdziwiłbym się, gdyby kolejne interwencje miały miejsce przy różnych kursach. Raz taką granicą może być 4,30 zł za euro, a innym razem 4,80 zł – mówi Piotr Kuczyński.

Kiedy może przyjść następny atak, nie wiadomo. Jeżeli jednak jest to przemyślana kampania, to spodziewajmy się kolejnego mocnego uderzenia jeszcze przed wyborami.