Do tego czasu wydatki UE będą opierać się na prowizorium.

Reklama

"To prawdopodobne, że cały proces potrwa kilka miesięcy i dlatego od stycznia 2011 roku unijne instytucje będą pracować w oparciu o system prowizorycznych dwunastek, zgodnie z Traktatem z Lizbony. Każda polityka będzie finansowana miesięcznie w wysokości maksymalnie jednej dwunastej budżetu na rok 2010" - oświadczył Lewandowski we wtorek. "To opóźni finansowanie ważnych inicjatyw i inwestycji w krajach członkowskich" - dodał.

Porażką zakończyła się w poniedziałek późnym wieczorem ostatnia runda koncyliacji między Parlamentem Europejskim a Radą, czyli ministrami finansów, ws. budżetu na 2011 r. Obie instytucje tworzą tzw. władzę budżetową UE i są odpowiedzialne za przyjmowanie budżetów rocznych, na podstawie propozycji KE.

Zgodnie z Traktatem UE, KE "natychmiast" przygotuje teraz nowy projekt budżetu - zapowiedział Lewandowski. Gdy będzie gotowy, wówczas obie instytucje: Rada i Parlament Europejski będą musiały go osobno zatwierdzić, "a potem będzie nowa procedura koncyliacji" - wyjaśnił komisarz.

Prowizorium budżetowe zdarza się niezmiernie rzadko. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w 1988 roku.

Prowizorium, jak przestrzegł Lewandowski, oznaczać będzie brak wystarczających środków m.in. na nowy unijny korpus dyplomatyczny (bo w budżecie 2010 jeszcze go nie było), a także na fundusz solidarności (służy wsparciu ofiar klęsk żywiołowych). Może też zaszkodzić odbiorcom funduszy spójności, bo mogą być opóźnienia w płatnościach. "Przynajmniej początek 2011 roku nie będzie łatwy dla odbiorców funduszy z budżetu UE, bo budżet zacznie się prowizorium. To zaszkodzi kilku unijnym programom i może dotknąć także politykę spójności, ale zrobimy co w naszej mocy, by chronić beneficjentów" - powiedział.



Sprawozdawczyni PE ds. budżetu 2011 Sidonia Jędrzejewska (PO) ostrzegła w rozmowie z PAP przed stratami "dla polityki spójności" w związku z możliwością "spóźnień w płatnościach". A to dlatego, że nie będzie wystarczających środków (o ok. 800 mln euro mniej niż w planowanej propozycji budżetu na 2011 rok). Każdego miesiąca nie będzie można wydać więcej niż wynosi jedna dwunasta budżetu 2010. A w przypadku wielkich inwestycji infrastrukturalnych z funduszy spójności faktury spływają nie co miesiąc, ale za dłuższy okres i wtedy jest ryzyko, że nie będzie można ich zapłacić, bo przewyższą dostępne środki. Jędrzejewska wyznała, że boi się, że ministerstwa rozwoju regionalnego w ogóle przestaną podpisywać kontrakty, by nie znaleźć się w sytuacji, w której nie będzie można zapłacić za wykonane inwestycje.

Dyplomaci winą za fiasko poniedziałkowych rozmów obarczali grupę płatników netto: W. Brytanię, Holandię, Szwecję i Danię, które nie zgodziły się na polityczno-instytucjonalne postulaty PE dotyczące nowej perspektywy finansowej UE po 2013 roku (m.in. kwestia reformy dochodów UE i udziału PE w negocjacjach od samego początku).

Kwestią sporną w ostatnich dniach negocjacji nie była natomiast wielkość budżetu 2011. Delegacja PE już w ubiegłym tygodniu poszła na ustępstwo i zgodziła się na mniejszy budżet, dokładnie taki, jakiego domagały się rządy, czyli w wysokości 126,5 mld euro (wzrost o 2,9 proc. w stosunku do roku 2010). Początkowo PE domagał się wydatków na poziomie 130,5 mld euro.

W tym roku negocjacje budżetowe przebiegają wyjątkowo dramatycznie. Grupa krajów płatników netto do unijnej kasy, w której prym wiedzie Wielka Brytania, od kilku miesięcy sprzeciwia się nadmiernemu wzrostowi wydatków, wskazując na kryzys i drastyczne cięcia w narodowych budżetach. Po raz pierwszy zgodnie z Traktatem z Lizbony PE jest równoprawnym partnerem Rady ministrów finansów, jeżeli chodzi o wszystkie wydatki roczne UE. Poprzednie rozmowy kończyły się jednak porażką.