A to pech! Jesienny okres siania zbóż ozimych, podczas którego kraj zużywa najwięcej oleju napędowego, zbiegł się w czasie ze spadkiem importu tego surowca. Nie możemy go szybko
sprowadzić do Polski w dostatecznej ilości, bo zagraniczne rafinerie, które mogłyby nam pomóc (w Czechach, na Słowacji, w Niemczech i Austrii), są teraz remontowane.
Dwóch największych producentów i hurtowych sprzedawców paliwa w Polsce (Orlen i Lotos) potwierdziło, że kończą się im zapasy oleju. Na razie mają go na tyle dużo, żeby na czas dostarczać
surowiec do odbiorców, którzy go wcześniej zamówili. "Musimy jednak odmawiać małym stacjom i hurtowniom, które nie mają z nami podpisanych długoterminowych umów" - mówi
Paweł Poręba z biura prasowego Orlenu.
Najgorzej jest na południu Polski. Tamtejsi właściciele małych stacji już mają wysuszone kontenery z zapasami oleju. Ireneusz Jabłonowski, szef sieci stacji Huzar, twierdzi, że nie może go
nigdzie dokupić. A nawet jeśli mu się to uda, to zapewne po wyższej cenie niż normalnie. A to z kolei odbije się także na kieszeniach kierowców.
Dawid Piekarz, rzecznik Orlenu, mówi, że w ciągu kilku tygodni koncern sprowadzi olej do Polski drogą morską. Kupi go najprawdopodobniej z rafinerii skandynawskich. "Trzeba się jednak
liczyć z tym, że w tym czasie ceny oleju na stacjach mogą podskoczyć o kilkanaście groszy" - mówi Piekarz.