Oby tylko nie stać się drugą Lombardią – tego pragną decydenci odpowiedzialni za zarządzanie ochroną zdrowia w czasie pandemii. Gdyby cofnąć się o 100 lat, Lombardię zastąpiłoby Lacjum. Podobnie jak obecnie, tak w przypadku grypy hiszpanki w 1918 r. to Włochy były jednym z najciężej doświadczonych plagą krajów świata. Ale wówczas to Lacjum, na obszarze którego mieści się Rzym, było jednym z największych ognisk epidemii w tym kraju.
Reklama
Dzięki zbadaniu wpływu hiszpanki na Włochy wiemy, że pandemie zwiększają nierówności, redukując trwale dochód najuboższych. W rejonach Italii dotkniętych hiszpanką najsilniej, ten efekt utrzymuje się aż do dzisiaj. Po ponad 100 latach. Czy w wyniku pandemii COVID-19 będzie podobnie?
Z jednej strony można odnieść wrażenie, że biednemu zawsze wiatr w oczy, z drugiej pandemiczny efekt św. Mateusza (ubodzy stają się jeszcze biedniejsi, a bogaci – bogatsi) jest w dużej mierze wynikiem naszych działań. Bo nie tylko but koronawirusa wciska dochód klas niższych w ziemię – robią to też lockdown oraz polityki banków centralnych. Jak wybrnąć z tej sytuacji?

Reakcje państwa

Łatwo popaść w fatalizm po przeglądzie literatury ekonomicznej dotyczącej pandemii oraz nierówności. Ekonomiści Tommaso Giommoni (Politechnika Federalna w Zurychu) oraz Sergio Galletty (Uniwersytet Bergamo) szacują, że wzrost w „ekspozycji na pandemię” o jedno odchylenie standardowe (miara rozrzucenia mierzonych wartości wokół średniej) spowodował we Włoszech 2 proc. wzrost nierówności (mierzonej wskaźnikiem Giniego).
Na uwagę zasługuje sposób, w jaki badacze to wyliczyli. W trakcie hiszpanki zmarło we Włoszech z powodu tej choroby ok. 600 tys. osób, ale dane związane ze zgonami nie są rozłożone na poszczególne regiony kraju. Naukowcy wyszli z założenia, że głównym ogniskiem choroby były okopy I wojny światowej, zaś nosicielami wirusa – żołnierze. Następnie skrzyżowali dane o śmiertelności z poszczególnych rejonów z danymi o ruchach wojsk na terenie kraju, przede wszystkim z informacjami o żołnierskich urlopach. Dzięki temu mogli ocenić, które zgony można przypisać hiszpance. Okazało się np., że miasta, w których urlopował się przynajmniej jeden żołnierz, odnotowały wzrost wskaźnika Giniego o 3,4 proc. w porównaniu do miast, które żołnierze omijali. Oczywiście takie „badawcze fikołki” nie byłyby konieczne, gdyby hiszpanka zaatakowała w ostatnich dwóch dekadach, gdy dane o zgonach były już znacznie lepiej raportowane.