Co się stało? Gdzie zniknęły zapasy? To sama Agencja się ich pozbywała. Ta państwowa instytucja sprzedawała żywność, żeby mieć się za co samemu utrzymać - ustaliła "Gazeta Wyborcza". Agencja potrzebowała też pieniędzy na przechowywanie innych strategicznych artykułów - leków i paliw.

Agencja Rezerw Materiałowych (ARM) podlega ministrowi gospodarki. Abyśmy mieli co jeść w przypadku powodzi czy innych klęsk, ARM skupuje pszenicę i półtusze wieprzowe. Potem rozmieszcza je w różnych rejonach kraju, najczęściej w prywatnych magazynach i chłodniach. Oczywiście za przechowanie musi zapłacić właścicielom magazynów.

ARM pomaga też rolnikom - po powodziach w latach 1997 i 2001 błyskawicznie rozdała im za każdym razem 200 tys. ton ziarna pszenicy na ponowne obsianie pól. Ale jeśli tej wiosny rzeki znowu wyleją i zniszczą uprawy, rolnicy na pomoc nie mają co liczyć. Nie dostaną zboża, bo go po prostu prawie nie ma.

Jednak gdyby spojrzeć na zaplanowany na budżet na 2008 rok, okazałoby się, że przewidziano dla ARM aż 150 milionów złotych. To jednak złudne, bo to pieniądze przeznaczone tylko i wyłącznie na zwiększenie rezerw paliw wymuszone przez unijne przepisy.

Do 2004 roku w budżecie na potrzeby Agencji wpisywano około 200 milionów złotych rocznie. Od czterech lat ARM nie dostaje jednak pieniędzy od państwa.