Kilkanaście dni temu w DGP podaliśmy, że kierowane przez Krzysztofa Tchórzewskiego Ministerstwo Energii naciska na władze podległych mu spółek, by nie wnioskowały do Urzędu Regulacji Energetyki o podwyżki taryf na przyszły rok dla gospodarstw domowych. Wyglądałoby to niekorzystnie w roku wyborczym – indywidualni klienci, chociaż zużywają około 20 proc. wytwarzanej w kraju energii, są najliczniejszą, 15-milionową grupą odbiorców, a raczej wyborców.

W spółkach energetycznych nieoficjalnie słyszymy, że naciski są, ale powód nie jest ekonomiczny, a jedynie polityczny. W przyszłym roku bowiem mamy wybory zarówno do europarlamentu, jak i krajowe parlamentarne.

Tymczasem przesłanek do podwyżek, i to istotnych, nie brakuje -prąd w hurcie jest obecnie o ok. 40 proc. droższy niż przed rokiem, ponad trzykrotnie podrożały prawa do emisji CO2 (już ponad 21 euro za tonę emisji), w ciągu roku węgiel kamienny, z którego wytwarzamy najwięcej prądu, poszedł w górę o prawie 20 proc. Podobny trend dotyczy zielonych certyfikatów, które spółki obrotu muszą dokupować, by wspierać rozwój odnawialnych źródeł energii.

Jak wynika z informacji DGP, spółki energetyczne policzyły, ile by je kosztowało posłuchanie nadzorującego je ministra. Liczą to także analitycy. Nie jest to skomplikowana matematyka: jeśli przyjmiemy, że gospodarstwa domowe zużywają 30 TWh energii, a koszt dostarczenia do odbiorcy każdej megawatogodziny jest o około 80‒100 zł większy niż przed rokiem, to wychodzi 2,4–3 mld zł.

I o tyle pomniejszone zostaną przychody branży, jeśli nie będzie możliwości przeniesienia kosztów na odbiorców. Gdy spytaliśmy koncerny, z jaką utratą przychodów się liczą – żaden na nasze pytania nie odpowiedział. Podobnie zresztą jak resort energii. Tymczasem, jak nieoficjalnie ustaliliśmy, spółki energetyczne obliczyły, że aby wyjść na swoje ‒ nasz rachunek za prąd musiałby zdrożeć miesięcznie o ok. 50 zł (przy założeniu, że średnio miesięcznie wynosi on dzisiaj ok. 250 zł). A to oznacza ok. 600 zł w skali roku. Dla konsumenta niewątpliwie szok, skoro przez kilka ostatnich lat prąd praktycznie nie zdrożał.

Maciej Bando, szef URE, w ubiegłotygodniowym wywiadzie dla DGP powiedział, że nie wyobraża sobie sytuacji, w której energetycy nie będą wnioskować o podwyżki na 2019 r. Dodał też, że jeśli taryfa rzeczywiście zostałaby zamrożona, to nieuniknione podwyżki – tym razem na 2020 r. ‒ odbiłyby się na odbiorcach ze zdwojoną siłą.

Warto też przypomnieć, że nawet jeśli faktycznie energetyka nie zawnioskowałaby o wyższe taryfy na przyszły rok, to rachunki i tak będą wyższe niż w 2018 r. A to dlatego, że w tym roku nie płaciliśmy w rachunku opłaty za odnawialne źródła energii (OZE), bo były nadwyżki z roku ubiegłego. Ale się skończyły i w 2019 r. opłata wróci. Może być to nawet ok. 10 zł miesięcznie.

Inni nasi rozmówcy wskazują, że najbardziej ucierpią małe i średnie przedsiębiorstwa. Skoro podwyżki nie mogą objąć małych odbiorców, a przemysł energochłonny już zaczął lobbować za tym, by wprowadzić dla niego specjalne ulgi, to cały koszt zmian rynkowych musi spaść na drobne firmy. Tymczasem, nawet jeśli ME nie widzi w nich siły elektoratu, to są one główną siłą napędową polskiej gospodarki, bo wytwarzają ok. 60 proc. PKB