Zakupy u mnie w domu głównie żona robi i bardzie pieczołowicie i starannie tak że w soboty i niedziele nie ma takiej potrzeby - tak na pytanie o problemy z zakazem handlu odpowiedział na antenie RMF FM były szef Solidarności, obecnie poseł PiS, Janusz Śniadek. Na poważniej mówi jednak, że rządzący będą patrzec, jak rozwinie się sytuacja z omijaniem tego zakazu. Na tę okoliczność jest przewidziana w ustawie kara, którą może nakładać Inspekcja Pracy, od 1000 do 5000 tys. zł inspektor z marszu, a do 100 000 zł w drodze sądowej - tłumaczył. 

Były szef Solidarności powiedział też, że ma nadzieję, żehandlowcy wykażą "minimum racjonalności" i nie będą otwierać sklepów o północy w niedzielę, bo wtedy prawdopodobnie nie będzie klientów. A robić to tylko po to, żeby wprowadzić rodzaj szykany wobec pracowników - też jest absurdalne, czy płacić dodatki za pracę w godzinach nocnych. Myślę, że tu samo życie i racjonalność tego co się robi, uporządkuje to. A jeśli, pomimo tego wystąpią jakieś patologie, to być może w jakiś sposób będziemy zmuszeni, żeby reagować - zapowiada.

Śniadek musiał się też tłumaczyć z pytań, po co nam w ogóle zakaz handlu, skoro np. Węgry wycofały się z podobnych zapisów. Stwierdził, że przykłąd Budapesztu nie jest adekwatny do polskiego, bo wycofano się z zakazu handlu z przyczyn politycznych, nie gospodarczych. Rząd węgierski cofnął się tutaj z tego politycznie, ponieważ w obliczu zbliżającego się referendum w sprawie uchodźców, była tam taka możliwość, że opozycja dorzuci ten temat handlu - wyjaśniał.

Stwierdził też, że nie ma mowy, by nowe przepisy doprowadziły do zwolnień w handlu. Jego zdaniem, w tej branży jest nawet deficyt pracowników. Śniadek zapewnił też, że liczy też na to, że zamknięcie dużych sklepów powstrzyma falę bankructw rodzinnych sklepików.