W stolicy Belgii trwa spotkanie unijnych ministrów odpowiedzialnych za sprawy środowiska. Głównym punktem obrad będzie dyskusja na temat kształtu reformy unijnego handlu pozwoleniami na emisję CO2. Polskę reprezentują minister Szyszko oraz pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej Paweł Sałek.

- Polska ma bardzo ambitne podejście do kwestii klimatu, natomiast to, co proponuje Unia, nie może stać w kontrze do polskich interesów, interesów polskiej gospodarki - relacjonował PAP rzecznik resortu Paweł Mucha, przytaczając wypowiedź ministra.

Według rzecznika, Szyszko podkreślił, że unijny system handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla obejmuje jedynie 4 proc. ogólnoświatowej emisji. - Musimy robić wszystko jako Unia i państwa członkowskie, by zmniejszać koncentrację CO2 w atmosferze, o czym bardzo wyraźnie mówi porozumienie paryskie - przekonywał minister. Dodał, że polskie lasy mogą rocznie pochłaniać ok. 32 mln ton CO2.

- Porozumienie paryskie, które jest globalną umową klimatyczną, nie mówi o dekarbonizacji, tylko o neutralności klimatycznej. Jesteśmy gotowi pochłaniać to, co wyemitujemy przy jednoczesnym stosowaniu nowoczesnych technologii spalania węgla. UE powinna pamiętać, że klimat jest problemem globalnym i trzeba stosować takie rozwiązania, które będą w stanie przeciwdziałać negatywnym zmianom klimatycznym bez dodatkowych skutków ubocznych dla gospodarek poszczególnych państw - relacjonował słowa prof. Szyszko rzecznik prasowy ministerstwa.

Minister podkreślił, że Polska jest za zwiększeniem roli państw w zarządzaniu funduszem modernizacyjnym - dodał rzecznik.

Unijny system pozwoleń na emisję CO2 to jedno z głównych narzędzi, które mają pomóc UE ograniczyć emisję gazów cieplarnianych zgodnie z przyjętym przez wszystkie państwa członkowskie 40-proc. celem na 2030 r. Na początku lutego sprawą zajmował się Parlament Europejski, który przyjął część rozwiązań korzystnych z punktu widzenia naszego kraju. Jednak nie wszystkie poprawki postulowane przez polskich europosłów zyskały aprobatę.

Projekt kompromisu, który na spotkanie ministrów przygotowała prezydencja maltańska, przewiduje, że od 2021 r. liczba uprawień do emisji będzie spadała rocznie o 2,2 proc. Jeszcze na początku miesiąca sprawa ta nie była przesądzona, bo wiele krajów chciało ambitniejszego podejścia. Jednak po tym, gdy Parlament Europejski zdecydował 15 lutego, że należy zmniejszać liczbę certyfikatów właśnie w takim tempie, sprawa wydaje się praktycznie przesądzona.

Dla Polski to bardzo ważne, gdyż szybsze tempo redukcji liczby uprawień do emisji spowodowałoby wyższe koszty dla naszego przemysłu i opartej na węglu energetyki. Przedstawiciele branży przewidywali przed głosowaniami w PE, że niekorzystne rozwiązania, jakie forsowała część europosłów, mogą doprowadzić do wzrostu cen energii elektrycznej w naszym kraju nawet o 20 proc.

Maltańczycy chcieliby wypracować ostateczny kształt przepisów jeszcze w trakcie swojego przewodnictwa, czyli do końca czerwca.

Tekst przygotowany przez prezydencję maltańską przewiduje, że tak jak do tej pory, 57 proc. uprawień dostępnych na rynku powinno być dostępnych na aukcjach (reszta ma być przydzielana najbardziej energochłonnym branżom, by nie wyprowadziły produkcji poza UE). Polsce - jak powiedział PAP jeden z naszych dyplomatów w Brukseli - zależy na tym, by liczba ta nie została zmieniona.

Projekt, nad którym będą pracowali ministrowie, przewiduje - zgodnie z propozycją KE - fundusz dla najbiedniejszych krajów UE, które z dochodów pochodzących ze sprzedaży 10 proc. uprawnień mają modernizować swój system energetyczny. Dla Polski trafić ma największa cześć z tych środków.

Z punktu widzenia naszego kraju dobrym zapisem jest to, że zarządzaniem funduszem będą się zajmowały państwa, które z niego będą korzystać. PE miał w tej sprawie inną propozycję, oddając częściowo zarządzanie Europejskiemu Bankowi Inwestycyjnemu. To z kolei wywoływało obawy, że z ogromnych środków, jakie będą w funduszu, nie będą mogły korzystać projekty, które będą w jakimkolwiek stopniu powiązane z węglem. Jeśli państwa członkowskie poprą propozycje Maltańczyków, perspektywa ta się oddali.

Przedstawiciele naszego kraju nie są zadowoleni z konstrukcji kryteriów (benchmarków), od których będzie zależało, ile dana firma będzie mogła dostać darmowych pozwoleń na emisję. W koncepcji KE benchmarki określają standardową wydajność w danym sektorze i pokazują, ile trzeba wyemitować CO2, żeby wyprodukować np. tonę stali. 100 proc. darmowych pozwoleń na emisje dostaną tylko te firmy, których wydajność będzie zgodna z ustalonym benchmarkiem.

Polska obawia się, że źle ustawione benchmarki doprowadzą do spadku produkcji przemysłowej, bo firmom bardziej będzie się opłacała strategia mniejszej produkcji niż duże inwestycje w poprawę technologii.

System ETS pokrywa 11 tys. energochłonnych instalacji w państwach Wspólnoty. Obejmuje 45 proc. emisji gazów cieplarnianych w UE.