Kolejne firmy idą w ślady Stokrotki, która pod koniec lipca wysłała do swoich dostawców pismo, w którym dała im wprost do zrozumienia, że w związku z nowym podatkiem liczy na dodatkowe rabaty na towary. W przeciwnym razie będzie musiała zmienić zasady współpracy i ograniczyć zamówienia.

W ostatnim czasie otrzymaliśmy pisma od kilku sieci - przyznaje Adrianna Sapińska, dyrektor marketingu Grupy Mlekovita. Ale zastrzega, że umowy handlowe zobowiązują ją do nieujawniania nazw tych sieci.

Inni producenci nieoficjalnie potwierdzają, że rabatów domaga się od nich większość dużych sieci o zasięgu międzynarodowym m.in. Biedronka, Lidl, Carrefour i Tesco. Ale proponując zmiany warunków współpracy, nie powołują się one już tak bezpośrednio jak Stokrotka na podatek handlowy. Najczęściej w pismach jest mowa o zmieniających się warunkach na rynku na mniej korzystne, co przekłada się na rentowność biznesu.

Nasi kupcy i dostawcy na bieżąco ustalają aktualne warunki handlowe. Jednak szczegóły kontraktów oraz rozmów pozostają wewnętrzną kwestią nas i naszych partnerów - słyszymy w biurze prasowym Tesco Polska. Podobnie wysyłane do dostawców pisma tłumaczy Alfred Kubczak, dyrektor ds. korporacyjnych w firmie Jeronimo Martins, właścicielu Biedronki. To normalne postępowanie w kontraktach z długoletnimi partnerami handlowymi - dodaje.

Żądania sieci są na ogół podobne. Oczekują obniżki cen towaru o wielkość podatku handlowego, który zacznie obowiązywać od początku września. Zgodnie z przepisami stawka na poziomie 0,8 proc. ma dotyczyć przychodu między 17 mln zł a 170 mln zł miesięcznie, a 1,4 proc. od przychodu powyżej 170 mln zł.

Niektóre sieci oczekują, że nowe dla nich obciążenie dostawcy pokryją w całości, czyli obniżą koszt dostarczanych produktów o 1,4 proc. Przy takim upuście sieć wręcz zyska. Podatek ponosi bowiem dopiero od pewnego poziomu sprzedaży - wyjaśnia Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Z naszych rozmów z dużymi dostawcami wynika, że nie zamierzają oni ulec sugestiom handlowców. Nie widzimy podstaw do zmiany postanowień kontraktu, który w naszym przypadku jest na czas nieokreślony. Nie obawiamy się też z tego powodu restrykcji. Wywiązujemy się bowiem z dostaw bez zastrzeżeń - słyszymy od jednego z producentów działających w branży mlecznej.

Wezwanie sieci do naliczenia rabatu zignorował też na razie Jacek Dziubiński z John King Polska, największej w Polsce hurtowni importowanego piwa.  Wkrótce spotykam się z jedną z firm handlowych. Zamierzam ją poinformować, że jestem skłonny przystać na propozycję, ale jednocześnie zmienię na swoją korzyść cennik - uzupełnia. Żądaniom sieci będzie też opierać się branża mięsna. Nie dziwi mnie to. W naszym sektorze nie ma miejsca na upusty. Przypominam, że marże od dłuższego już czasu wynoszą 1–2 proc. - komentuje Piotr Zdanowski z Zakładu Mięsnego Wierzejki.

Andrzej Gantner przypomina, że duzi producenci dysponujący znaną i pożądaną przez konsumentów marką wyjdą z sytuacji obronną ręką. – Konsekwencje wprowadzenia podatku w największym stopniu poniosą mali i średni wytwórcy, którym kontrakty mogą nie zostać przedłużone, jeśli nie przystaną na nowe warunki, lub wcześniej wypowiedziane – podkreśla.

Dla firm niemających wielu odbiorców, oznacza to pogorszenie płynności, a to z kolei grozi upadłością. Taki scenariusz może też dotknąć firmy, które ostatecznie ulegną sieciom.

Andrzej Faliński przyznaje, że sieci nie mają z czego zapłacić nowego obciążenia, dlatego szukają sposobu na przerzucenie go na kogoś innego. Przy deflacji i trwającej wojnie cenowej skupienie się w tego rodzaju działaniach na kliencie jest bardzo trudne. Niestety już niedługo z półek sklepowych mogą zacząć znikać mali dostawcy. Podatek to niejedyna regulacja, z którą będą musiały zmierzyć się sieci. Istnieje realna groźba wprowadzenia choćby zakazu handlu w niedziele - dodaje.