Podobnie jak to, że w Lublinie w 750 mniejszych i większych firmach z sektora IT już co piąty zatrudniony to specjalista zza wschodniej granicy. Z kolei do Wrocławia każdego miesiąca przyjeżdża około 5 tys. Ukraińców.

To, jak duże jest na nich zapotrzebowanie w skali całego kraju, najlepiej oddają statystyki resortu rodziny, pracy i polityki społecznej. Wynika z nich, że tylko w pierwszym półroczu tego roku nasi przedsiębiorcy zadeklarowali chęć zatrudnienia 634 tys. osób ze Wschodu, w tym 614 tys. z Ukrainy. To o 54 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. I w zasadzie można być pewnym, że w całym roku 2016 liczba ofert skierowanych do cudzoziemców zatrudnianych na uproszczonych zasadach przekroczy milion.

Aby sprowadzić pracownika, przedsiębiorca musi złożyć w powiatowym urzędzie pracy oświadczenie o chęci zatrudnienia wymienionego z imienia i nazwiska obywatela jednego z sześciu państw (Ukrainy, Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Rosji). Na tej podstawie cudzoziemiec otrzymuje wizę, która pozwala mu bez zezwolenia podejmować pracę w Polsce w ciągu sześciu miesięcy, ale nie częściej niż raz na rok. Przy czym liczba oświadczeń niekoniecznie zgadza się z liczbą cudzoziemców, którzy fizycznie przyjeżdżają nad Wisłę (np. część rezygnuje z wyjazdu).

Prośby o znalezienie pracowników na Wschodzie otrzymujemy już w zasadzie od wszystkich branż. Mamy nawet zgłoszenia z województw warmińsko-mazurskiego czy podkarpackiego, gdzie nadal jest wysokie bezrobocie – opowiada Andrzej Korkus, prezes grupy EWL, specjalizującej się w rekrutacji obcokrajowców.

Coraz częściej nasi przedsiębiorcy szukają wykwalifikowanych robotników i specjalistów. Najbardziej chłonna jest branża IT. – Nie chodzi tylko o samych programistów, bo ci coraz częściej traktują Polskę jako kraj tranzytowy na drodze do Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Równie duże jest zapotrzebowanie na ukraińskich grafików, inżynierów CNC i biotechnologów – wylicza Tomasz Małecki, prezes Lubelskiego Parku Naukowo-Technologicznego.