Coraz mniej zamówień z zagranicy to jedna z przyczyn systematycznego spadku indeksu PMI. Pokazuje on, jak kondycję polskiego przemysłu oceniają jego menedżerowie. W czerwcu PMI spadł do 48 pkt (gdzie 50 pkt to poziom oznaczający stabilizację), a w lipcu będzie zapewne jeszcze poniżej tej wartości (dokładne dane poznamy w środę). Te słabe oczekiwania co do wielkości lipcowego PMI eksperci uzasadniają słabymi wynikami innych badań koniunktury i kiepskim odczytem lipcowego PMI dla strefy euro. Indeks dla całej strefy spadł do 44,1 pkt (z 45,1 pkt miesiąc wcześniej). Jeszcze bardziej skurczył się w Niemczech, uznawanych przecież za lokomotywę strefy euro – do zaledwie 43,3 pkt.

Wniosek może być tylko jeden – popyt na Zachodzie wyraźniej słabnie i polskie firmy mają coraz mniej nowych zamówień od tamtejszych kontrahentów. W ostatnich tygodniach ich sytuację zaczął dodatkowo pogarszać jeszcze jeden wskaźnik – umacniający się złoty. Wczoraj za euro płacono około 4,12 zł, czyli o niemal 35 gr mniej niż na początku roku. Eksporterzy nie mogą już tak wyraźnie obniżać cen, nie ryzykując przy tym pogorszenia rentowności. A to może przełożyć się na kondycję całej gospodarki – nie tylko wolniejszy wzrost produkcji przemysłowej, lecz także mniejszy wpływ tzw. eksportu netto na wzrost PKB. Innymi słowy – w razie poważnych perturbacji ekonomicznych w Europie złoty i eksport mogą już nie być dla nas rodzajem poduszki powietrznej, która ochroni nas przed recesją jak podczas ostatniego kryzysu.

Na początku 2009 roku wpływ eksportu na wzrost PKB wynosił 2,2 proc., podczas gdy na początku tego roku było to już tylko 0,7 proc. Ale na początku kryzysu – od września 2008 roku (kiedy upadł Lehman Brothers) do końca marca 2009 roku – złoty stracił względem euro blisko 40 proc. To poprawiło wyniki w eksporcie i zwiększyło konkurencyjność polskich firm za granicą. Wtedy impuls był bardzo silny. Obecne wahania kursu o kilkanaście groszy nie mają już takiej siły oddziaływania. Ponadto w czwartym roku kryzysu, gdy popyt za granicą jest coraz słabszy, trudno jest zaistnieć nawet dzięki atrakcyjnej cenie – mówi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Banku.

Mateusz Sutowicz, ekonomista Banku Millennium, dodaje, że obecna siła złotego to efekt zmiany postrzegania polskiej gospodarki przez inwestorów z zagranicy. Zainteresowanie polskimi obligacjami może być jedną z przyczyn, które hamują osłabienie złotego. Żeby osłabienie naszej waluty było tak silne jak w 2009 roku, musiałaby ona znów być traktowana jako waluta ryzykowna. Dopóki tak nie jest, trudno oczekiwać, że jego kurs silnie wesprze eksport, jak to było na początku kryzysu – uważa ekonomista.

Analitycy są jednak dalecy od tego, by stwierdzić, że obecny kurs złotego eksportowi szkodzi. Nadal się opłaca, bo próg bólu to około 3,80 zł za euro i mało prawdopodobne, by w najbliższych miesiącach złoty się do niego zbliżył.

Pole do dalszego umocnienia złotego nie jest teraz duże. Dopiero jakieś działania ze strony Europejskiego Banku Centralnego mogłyby zepchnąć kurs poniżej 4,10 zł za euro. A nie sądzę, by do tego doszło w najbliższym czasie – twierdzi Adam Czerniak, ekonomista Kredyt Banku.