Gazeta opisuje przypadek lubelskiej firmy Lechaa, która rozpoczęła swoją działalność w 1990 r. od założenia lokalnej stacji radiowej. Po wstąpieniu Polski do Unii Lechaa wyłączyła radio i zajęła się działalnością doradczo-szkoleniową. Od 2007 r. zarobiła na niej 3,5 mln euro, m.in. organizując za pieniądze unijne kursy szkoleniowe dla osób poszukujących pracy w branży turystycznej i kwiaciarskiej. – Bruksela oferuje polskim firmom dużo pieniędzy, ale samo wypełnienie koniecznych dokumentów jest bardzo skomplikowane. Wymaga specyficznych umiejętności i doświadczenia – twierdzi Radosław Markusiewicz z Lechaa.

Zdaniem „FT” polska biurokracja osiągnęła poziom absurdu – 12 największych działających na naszym rynku firm szkoleniowych zrealizowało łącznie 811 projektów, na które otrzymały z Brukseli 2 mld euro. Nie tylko szkolą one pracowników czy pomagają firmom w przygotowywaniu wniosków o dofinansowanie, lecz nawet doradzają organizacjom rządowym, jak dystrybuować pieniądze z funduszy strukturalnych. Na wielu polskich uczelniach wyższych pojawiły się specjalne kierunki, na których studentów uczy się procedur pozyskiwania i zarządzania funduszami strukturalnymi. Ale same studia nie wystarczą – szkoleniowcy co jakiś czas sami muszą się udać na szkolenie. Oczywiście organizowane przez własną firmę i opłacone przez Brukselę.

Innymi słowy, potwierdza się, że mamy wyjątkową umiejętność komplikowania rzeczy już skomplikowanych.