OFE i generowany przez nie dług publiczny to najważniejszy ekonomiczny problem Polski na najbliższe lata. Jak tu coś złego zrobimy, to może być katastrofa, z której trudno będzie wyjść – mówi członek Rady Gospodarczej przy premierze Bogusław Grabowski. Członkowie rady boją się, że reforma II filaru zostanie domknięta bez poważnej analizy jej wszystkich – także niekorzystnych – skutków.  

– Chodzi o synchronizację zmian w OFE z całością równowagi finansów publicznych – wyjaśnia członek rady prof. Dariusz Filar.

Analiza rady ma dotyczyć wpływu OFE na finanse publiczne i ewentualnej konieczności zapewnienia finansowania deficytu wywołanego przez fundusze. A także wpływu zniesienia limitów inwestycyjnych – jakie dziś obowiązują fundusze – na sytuację na poszczególnych rynkach akcji i obligacji.

Rada ma się spotkać zarówno z twórcami reformy, jak i z ministrem finansów. Będzie chciała też otrzymać wszelki dostępne analizy w tej sprawie. – Do tej pory poszczególne elementy systemu były rozpatrywane osobno: efektywność, finanse publiczne czy rynki. Ale trzeba obejrzeć całość – mówi Grabowski.

Dotarliśmy do analizy, jaką na temat wpływu funkcjonowania OFE na finanse publiczne przygotował jeden z pracowników resortu finansów Michał Kempa. Autor potraktował  wydatki na OFE jako jeden z wydatków budżetu – nie odnosił się do ich skutków emerytalnych. Z analizy wynika, że przez najbliższe kilkanaście lat transfery do OFE będą powodowały duży deficyt. Największy deficyt wynikający z systemu ma wystąpić w roku 2025, gdy przekroczy 3,6 proc. PKB. – Akurat ten szczyt wynika z demografii, bo wtedy na emeryturę przejdą osoby z powojennego boomu, a ich miejsce zajmą osoby z niżu z lat 90. ubiegłego stulecia – mówi Michał Kempa.


Potem deficyt zacznie spadać: poniżej 3 proc. w 2032 roku, a poniżej 1 proc. PKB w 2050.

Jeszcze większy wpływ będą miały OFE na dług publiczny: będzie systematycznie rósł i w 2060 roku osiągnie (tylko z tego tytułu) 94 proc PKB.

Analiza potwierdza, że bez zmiany definicji długu i deficytu budżetowego Polska nie ma szans na spełnienie kryteriów z Maastricht, co przekreśla szanse na wejście do strefy euro. To jednak nie jest zaskoczeniem, bo nasz rząd od dawna stara się, by Unia pieniędzy przekazywanych OFE nie zaliczała nam do długu ani deficytu. Z nieoficjalnych informacji wynika, że są szanse na realizację tego postulatu. Jednak nawet to nie zmniejszy wagi problemu. Bo potrzeby pożyczkowe państwa będą coraz większe, a w przypadku kłopotów gospodarczych może się zdarzyć, że rynki nie będą chciały kupować naszych obligacji. 

Przy wprowadzaniu reformy emerytalnej zakładano, że niekorzystny wpływ OFE na finanse publiczne zostanie zniwelowany przez dochody z prywatyzacji. Jednak środki te, zamiast zasilać system emerytalny, są używane do łatania dziur w budżecie. Stąd problem pozostał. – Jak pan gromadzi zapasy na chude lata z nieskonsumowanej części dochodu, to pan naprawdę oszczędził. A jeśli z kredytu, to z oszczędnościami słabo – mówi Bogusław Grabowski. Innymi słowy, aby wypełnić lukę wywoływaną transferami do OFE, trzeba by było, aby budżet miał przez kilkanaście lat nadwyżkę. A to oznacza konieczność zmniejszenia wydatków lub podniesienia podatków. O kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.