Tani kredyt to najlepszy wabik na klienta. Wielu z nas nie zwraca uwagi na to, ile banki żądają zabezpieczeń albo jakie mają opłaty za wystawienie dokumentów, wcześniejszą spłatę czy wysłanie ponaglenia. Zwykle liczymy tylko wysokość raty, jaką przyjdzie nam spłacić.

A to błąd. Bo już po podpisaniu umowy okazuje się często, że padamy ofiarami koszmarnie wysokich opłat za wystawienie choćby maleńkiego, wydrukowanego z komputera papierka - ostrzega "Gazeta Prawna". A jest co liczyć, bo za jeden dokument bank każe sobie często płacić po kilkaset złotych.

Jeśli np. chcemy z innego banku mniejszy kredyt na wykończenie kupionego właśnie mieszkania, musimy mieć zaświadczenie o tym, czy dobrze spłacamy ten, który już mamy. To kosztuje ok. 60 zł. Jeśli chcemy skorzystać z ulgi odsetkowej, musimy mieć dokument potwierdzający wysokość odsetek, jakie mamy spłacać - to kosztuje nawet 300 zł. Ok. 30-50 zł płaci wielu z nas, jeśli tylko spóźni się choć kilka dni ze spłatą raty, bo tyle kosztuje ponaglenie wysłane przez bank.

Tym sposobem do taniego niby kredytu przychodzi nam dopłacić co najmniej kilka tysięcy złotych tytułem dodatkowych opłat. Bo banki przysyłają nawet agenta do domu czy pracy, byśmy nie musieli się fatygować. Ale gdy już podpiszemy umowę, palcem nie kiwną za darmo.