Kredyt z dopłatą ucieszył wielu, kiedy został przyjęty przez Sejm. Ale szybko się okazało, że niewiele osób jest w stanie z niego skorzystać. Bo bardzo trudno spełnić wszystkie warunki, które są niezbędne do tego, by państwo zapłaciło za nas bankowi część odsetek.

Po pierwsze: ulgę dostaną jedynie ci, którzy kupią mieszkanie nie większe niż 75 mkw lub dom do 140 mkw Państwo odda nam wtedy połowę odsetek od kredytu, ale tylko do 50 mkw. powierzchni mieszkania i 75 mkw domu. Resztę muszą zapłacić sami.

Po drugie: o dofinansowanie mogą starać się tylko matki samotnie wychowujące dzieci lub małżeństwa. I nie mogą mieć innego własnego lokum. Kupowana nieruchomość nie musi być pierwszą w ich życiu, bo zdarza się, że traci się nieruchomość np. po rozwodzie albo komornik konfiskuje ją na poczet niespłaconych długów.

Po trzecie: kredyt musi być w złotówkach, o wiele droższych niż np. franki. W dodatku udzielić nam go może tylko bank, który ma podpisaną umowę z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. A takich ledwie jest kilka.

I wreszcie, po czwarte, najważniejsze: cena za metr nie może być wyższa niż tzw. wartość odtworzeniowa ustalana przez państwo. Problem w tym, że GUS określa takie stawki dla danego regionu tylko raz na pół roku. Ale ceny rosną tak szybko, że kwoty te po miesiącu są już nieaktualne. Dlatego mają być podwyższane o 30 procent, by ludzie naprawdę mieli szanse takie nieruchomości znaleźć w swoim województwie czy mieście.

Zwiększona o jedną trzecią cena ma, zdaniem ministerstwa budownictwa, zrekompensować podwyżki, jakie nastąpią, nim GUS ogłosi nową wartość. Jeśli np. dla Mazowsza średnia cena to 4,4 tys. zł za metr, mieszkanie do kredytu z dopłatą będzie mogło kosztować do 5,72 tys. zł.

Kiedy zacznie to obowiązywać? Nieprędko. Bo na razie to tylko projekt i miną co najmniej długie tygodnie nim zostanie zapisany w prawie i wejdzie w życie.