Do walki o przetrwanie przygotowują się prywatne stacje, nienależące do Orlenu, Lotosu czy wielkich koncernów zagranicznych. W Polsce jest ich blisko 3,5 tys. To połowa rynku detalicznego. Padną, jeżeli nie zaczną sprzedawać taniej.

Ich właściciele już to wiedzą, dlatego będą musieli ciąć ceny benzyny i oleju napędowego o 20-25 groszy na litrze. Rewolucję wymusza na nich konkurencja tanich sieci, należących do wielkich koncernów paliwowych i hipermarketów.

Rywalizacja będzie ostra, bo niskie ceny przyciągają klientów. "Wiele osób zaakceptuje brak myjni czy sklepu, jeśli będą mogli kupić paliwo taniej" - tłumaczy Szymon Araszkiewicz, analityk monitorującego rynek paliw portalu e-petrol.pl.

Nic dziwnego, że teraz nawet paliwowi giganci stawiają na niskie ceny. Ponad 100 tanich stacji Bliska chce mieć do końca tego roku Orlen, planujący uruchomienie łącznie 1 tys. takich obiektów w ciągu zaledwie trzech lat. W tym samym czasie norweski Statoil chce zwiększyć swój stan posiadania o 60 kolejnych stacji taniej marki 123. Do tej konkurencji włącza się rosyjski gigant paliwowy Łukoil, który przejął od amerykańskiego ConocoPhillips 83 oferujące tanie paliwo stacje Jet.

Do skoku przygotowują się też najwięksi konkurenci niezależnych dystrybutorów - Géant, Auchan czy Carrefour. Stacje należące do hipermarketów sprzedają paliwo po kosztach, bo nie chcą na nim zarabiać, ale przyciągnąć klientów na zakupy. Na przykład brytyjscy inwestorzy z Tesco wydadzą w tym roku na rozwój swoich stacji w Polsce 100 mln zł.