Branżę ciągnie w dół największy koncern węglowy w Polsce i w Europie - Kompania Węglowa. Ta spółka, zatrudniająca w 17 kopalniach ponad 67 tys. osób, wydobywająca rocznie połowę polskiego węgla, od połowy ubiegłego roku idzie na dno. W miejsce zakładanego na 2006 rok 102-milionowego zarobku, pojawiła się 73-milionowa strata. Ten rok może się okazać jeszcze gorszy i w miejsce zakładanego na 2007 r. 51 mln zł zysku Kompania wypracuje kolejny deficyt.

To bardzo prawdopodobne, bo górnicy znowu żądają pieniędzy. W czwartek delegacje wszystkich związków zawodowych działających w Kompanii Węglowej, chcą wynegocjować od kierownictwa spółki 7-procentową podwyżkę płac. "To nie jest dużo, zwłaszcza wobec odejścia wielu górników na emeryturę" - mówi Andrzej Chwiluk, przewodniczący Związku Zawodowego Górników w Polsce. Ale zważywszy, że udział płac w kosztach wydobycia waha się od 28 do 80 proc. w zależności od kopalni, łączna wielkość podwyżki mogłaby sięgnąć nawet kilkunastu mln zł. To ostatecznie rozłożyłoby Kompanię na łopatki.

Spółka gotowa jest negocjować, ale stawia swoje warunki. "Tegoroczny wskaźnik wzrostu płac nie może przekroczyć 3,4 proc." - twierdzi Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii.

To jednak załatwiałoby ledwo połowę związkowych żądań. Ale spółka prawdopodobnie nawet tego nie zdoła wypłacić. Wciąż boryka się ze spłacaniem blisko 4-miliardowych zobowiązań przejętych po zlikwidowanych w 2003 roku spółkach węglowych. Rząd miał jej pomóc, dokapitalizując spółkę. Ale z przekazaniem obiecanych kolejnych 400 mln zł ciągle zwleka.

Tymczasem niespełnienie związkowych żądań grozi wybuchem. Górnicy Kompanii już teraz zapowiadają strajki. W dodatku akcje protestacyjne mogą rozszerzyć się na pozostałe kopalnie. "Górnicy są bardzo solidarni. Trudno sobie wyobrazić, że inne spółki węglowe nie zareagują na to, co będzie się działo w Kompanii Węglowej" - uważa Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki.