Mieli spotkać się po to, by wybrać wreszcie nowego prezesa PKO BP. Ale zamiast zastanawiać się, który z kandydatów jest najlepszy, Rada Nadzorcza nieoczekiwanie musiała przerwać obrady. Bo zasiadający w niej Jerzy Osiatyński zrezygnował ze swej funkcji. I nie wiadomo teraz, czy mniejsza rada ma prawo decydować o wyborze zwierzchnika. Zastanawiają się nad tym właśnie prawnicy.

Jest szansa na to, że jednoznaczne stanowisko specjalistów znane będzie w przyszłym tygodniu. Ale to wcale nie znaczy, że od razu odbędzie się głosowanie nad wyborem prezesa. Bo może się okazać, że sześć głosów, a tylu członków w RN zostało, to za mało. Co prawda, w statucie banku napisano, że rada może liczyć od 6 do 11 członków, ale przepisy jednoznacznie nie wyjaśniają, czy minimalny skład wystarcza, by wybrać szefa.

Ale to niejedyne problemy wokół wyboru nowego szefa banku. Mówi się głośno, że całe zamieszanie zostało wywołane przez "polityczne naciski", by wyścig do fotela wygrał Kazimierz Marcinkiewicz. Tylko że były premier mizernie zna się na bankowości. I zgłosili się lepsi kandydaci od niego.

Na to, by był on prezesem, nie chcą ponoć zgodzić się członkowie rady nie powołani z ramienia Ministerstwa Skarbu Państwa. Bo to bankowcy z krwi i kości i głosowanie nad wyborem takiego kandydata oznacza dla nich koniec ekonomicznej kariery. W swoim środowisku, jak podkreślają znawcy, bezpowrotnie straciliby twarz.

Kazimierz Marcinkiewicz ma jeszcze wiele nerwów przed sobą, bo jego przyszłość może być niepewna aż do 10 kwietnia. Wtedy dopiero mija bowiem czas na wybór nowego szefa banku. Jutro zaś odbędzie się walne zgromadzenie akcjonariuszy poświęcone temu, co dzieje się w banku i ewentualnym wyborom do rady.