O planach OPEC poinformowała dziś agencja Associated Press. AP twierdzi, że ministrowie jedenastu krajów (głównie z Bliskiego Wschodu), które są największymi na świecie eksporterami ropy, zastanawiają się nad cięciami w wydobyciu surowca. Chcą to zrobić, bo od kilku miesięcy ceny ropy na światowych giełdach spadają na łeb na szyję. W sierpniu ubiegłego roku za jedną baryłkę tzw. ropy Brent na giełdzie w Londynie płacono około 80 dolarów. Dzisiaj to około 57 dolarów. Szejkowie chcą więc zatrzymać niekorzystny dla siebie trend i sztucznie podnieść ceny.

Poza tym z poważnym kryzysem boryka się teraz Europa. Chodzi oczywiście o naftowy konflikt na osi Moskwa-Mińsk. Spór dotyczy wysokości opłat celnych i tranzytowych za przesył rosyjskiej ropy na Zachód przez terytorium Białorusi. Ponieważ państwa nie mogły się dogadać, od dziś Polska, Niemcy, Czechy, Słowacja i Węgry w ogóle nie mogą importować ropy rurociągiem "Przyjaźń", a Ukraina ma z tym poważne kłopoty.

Jason Schenker, ekonomista z międzynarodowej instytucji finansowej Wachovia Corp. powiedział agencji AP, że jeśli białorusko-rosyjski konflikt nie zostanie szybko zażegnany, ceny ropy pójdą w górę. "Rynki mogą potraktować ten konflikt jako powtórkę z ubiegłorocznego sporu o cenę gazu pomiędzy Ukrainą i Rosją. Jeśli tak się stanie, ceny surowca wzrosną" - mówi Jason Schenker.

Scenariusz na najbliższe tygodnie może być więc następujący: OPEC będzie zapowiadał kolejne cięcia w wydobyciu ropy, bo najwięksi importerzy (tacy jak USA) z powodu ciepłej zimy zgromadzili duże zapasy niewykorzystanego surowca. To spowoduje, że spekulanci na światowych giełdach zaczną kupować ropę z nadzieją, że wkrótce zdrożeje i da im zysk. Rynki zaczną to odczytywać jako efekt konfliktu między Rosją i Białorusią. Wtedy podwyżki murowane.