Boże Narodzenie dla wielu już dawno przestało być rodzinnym świętem. Ta uroczystość coraz częściej ma wymiar komercyjny. Bo nie liczy się, że wspólnie usiądziemy przy wigilijnym stole, pójdziemy na pasterkę. Liczy się, co komu kupimy w prezencie, czy na stole położymy lśniący nowością obrus, czy zaskoczymy innych biesiadników nowym, odświętnym ubraniem.

Jak wynika ze statystyk Pracowni Badań Społecznych, co czwarty z nas na przedświąteczne zakupy wydaje ok. 600 zł. Wiemy, że to dużo, ale co drugi z nas deklaruje, że przed wigilią oszczędzać nie zamierza. I wyda za rok tyle samo, albo i więcej.

Handlowcy doskonale o tym wiedzą. Coraz natarczywiej zachęcają nas do zakupów. Już na początku listopada wielkie sklepy mrugają choinkowymi lampkami, a stoiska zapełniają się świątecznymi promocjami. Na każdym kroku atakują nas reklamy: "Zrób najbliższym prezent na święta", "Tak tanio jak teraz już nigdy nie będzie", "Tylko u nas takie wspaniałe podarki" - słyszymy w radio, widzimy w telewizji, czytamy w gazetach i na bilbordach.

Wchodzimy do sklepu z założeniem, że nie damy się skusić. A tu stoisko z bożonarodzeniowymi błyskotkami. W galeriach handlowych i supermarketach ustawiane są one tak, by klient musiał na nie choć spojrzeć, wchodząc do środka. Przystajemy, oglądamy i... sięgamy do portfeli.

W szale przedświątecznych zakupów nie przeszkadza nam nawet to, że nie mamy pieniędzy. Przecież są kredyty! Banki prześcigają się w ofertach, namawiają: "Kup teraz, zapłać po świętach". No to kupujemy. Zapożyczamy się, by zapychać wielkie kosze wieloma niepotrzebnymi, jak się potem okazuje, rzeczami.

Albo - przekonani, że natrafiamy na superokazję, coś po promocyjnej cenie - ochoczo za to płacimy. A potem ze zdziwieniem stwierdzamy, że padliśmy ofiarą spekulacji, bo to samo - bez opakowania w Mikołaje czy gwiazdki - mogliśmy mieć taniej. Tylko że na takie refleksje zwykle jest już za późno. Bo to okazuje się dopiero po 26 grudnia.