Sprawa wódki wkrótce podgrzeje obrady Rady Unii Europejskiej. A właściwie sprawa definicji określającej to, co wódką może być nazywane, a co nie. Skąd kłopot? Bo nalepkę z napisem „wódka” może posiadać produkt z winogron, bananów czy jabłek - donosi DZIENNIK.

Szykuje się szansa na niecodzienny sojusz. Bo polscy wytwórcy wódki mogą dogadać się z... właścicielami winnic, na których Unia chce nałożyć limity produkcyjne. Kraje produkujące wódkę odrzucą projekt reformy branży winiarskiej w zamian za poparcie zaostrzenia definicji mocnego alkoholu.

Taki alkohol coraz częściej sprowadzany jest do zachodnioeuropejskich krajów z Brazylii, Pakistanu, Indii - pisze DZIENNIK. Jest on znacznie tańszy od lokalnych wyrobów spirytusowych i stanowi poważną konkurencję choćby dla polskich producentów, dla których Unia Europejska – w obliczu spadającego spożycia wódki w Polsce – jest bardzo ważnym rynkiem. Dla polskich producentów eksport wódki do Unii przynosi już 80 mln zł rocznie i bardzo szybko rośnie.

Jednak ledwie zaczęli się przebijać na europejski rynek, budować wizerunek swoich marek, już od razu muszą konkurować z tanim alkoholem z trzciny cukrowej. Podobny problem mają firmy ze Szwecji, Słowacji, z Danii, Estonii. I właśnie ministrowie z tych krajów na pewno będą wspólnikami Polaków w walce o czystość wódki i będą domagać się, by tym określeniem nazywać alkohol wytwarzany tylko z ziemniaków, ze zboża i melasy z buraków cukrowych. Jeszcze do niedawna po naszej stronie była Finlandia, ale w tym półroczu przewodzi unijnym obradom i musi reprezentować stronę wszystkich krajów, a nie tylko europejskich producentów wódki - pisze DZIENNIK.