To była jedna z najpilniej skrywanych w Rafinerii Możejki tajemnic. Śledczy, którzy po niedawnym pożarze wciąż szukają jego przyczyn, wykryli, że to nie był pierwszy raz. Okazało się, że wiosną zakład stanął w płomieniach po tym, jak z wysokości runęła na ziemię jedna z przerdzewiałych rur.

Prokuratorzy i strażacy, którzy od 12 października, kiedy to rafineria kolejny raz stanęła w ogniu, badają przyczyny katastrofy, mają nowy wątek do zbadania. Bo dwa pożary w odstępie kilku miesięcy już raczej przypadkiem nie są. I trudno dać wiarę, że za każdym razem przez przypadek wybuchały w ważnych dla zakładu momentach, tuszując ruinę rafinerii.

Bo pierwszy raz zakład ogarnęły płomienie, kiedy był wystawiony na sprzedaż. Jak podaje litewska prasa, straty oszacowano wtedy na trzy miliony dolarów. Ale dzięki pieniądzom z ubezpieczenia wszystko udało się naprawić.

Tyle że wyremontowano jedynie zniszczoną ogniem część. Reszta wciąż nie mogła doczekać się modernizacji. Nie było pieniędzy. I wtedy wybuchł drugi pożar. Pochłonął, o dziwo, głównie stare elementy konstrukcji. Teraz ubezpieczyciel znów da pieniądze na naprawę kolejnej części rafinerii. Chyba że śledczy dojdą do wniosku, że ktoś maczał w tym palce. Wtedy z odszkodowania nie będzie ani grosza.

Ile by ukrytych pożarów nie było, PKN Orlen i tak zamierza Możejki kupić. Bo to ciągle świetny interes. Warto zainwestować miliony, by mieć pod dostatkiem taniego paliwa, na którym potem można zarobić krocie.