Sytuacja na warszawskiej giełdzie to wielka próba nerwów. O tym, że hossa może się skończyć w każdej chwili, wiadomo od dawna. Ale na razie nic nie zapowiada końca hossy ani nawet korekty podobnej do tej z maja, kiedy w ciągu trzech sesji z giełdy wyparowało kilka miliardów złotych. Wśród giełdowych graczy utrzymuje się umiarkowany optymizm.

Giełda nie przestaje przyciągać inwestorów obietnicą szybkich zysków. Ci, którzy rok temu wybrali dobry fundusz, mogli w ciągu dwunastu miesięcy nawet podwoić kapitał. Przykładowo, fundusz DWS obracający akcjami małych i średnich spółek osiągnął stopę zwrotu przekraczającą 100 proc. Nic więc dziwnego, że Polacy postawili na fundusze. To jeden z motorów wzrostów na giełdzie.

Jednak wyglądany przez analityków koniec hossy na GPW tak naprawdę w dużej mierze zależy od sytuacji na giełdach zagranicznych. "Jeśli tam koniunktura się utrzyma, a wyniki polskich spółek za III kwartał uzasadnią obecne wysokie ceny akcji, to można oczekiwać dalszych wzrostów" – twierdzi Tomasz Herczyk, analityk TFI DWS Polska. Na razie atmosfera na najważniejszej dla rynków kapitałowych giełdzie nowojorskiej jest bardzo dobra. Indeks Dow Jones właśnie ustanowił historyczny rekord, co inwestorzy odczytują jako gwarancję, że w najbliższym czasie nie może dojść do załamania.