Konkurencja między bankami jest tak duża, że finansiści imają się najdziwniejszych sposobów, byle tylko przyciągnąć nasze pieniądze. Hitem sezonu będą placówki na kółkach. Będą przyjeżdżać do mniejszych miejscowości w określonym odstępie czasu. Co ciekawe, bankowozy to nie wymysł nawiedzonego wizjonera, lecz sprawdzone i skuteczne rozwiązanie rodem z USA. Na tej innowacji skorzystają przede wszystkim mieszkańcy najmniejszych miejscowości, dotychczas skazanych na korzystanie z usług banku spółdzielczego lub oddziału któregoś z największych banków.

Wciąż dla połowy Polaków głównym powodem korzystania z usług danego banku jest dogodna lokalizacja oddziału. Okazuje się - wbrew wcześniejszym analizom - że internet nie wyparł tradycyjnych placówek, choć z wirtualnych kont korzysta już kilka milionów Polaków. Tradycyjna placówka, do której można wejść i porozmawiać z żywym człowiekiem, jeszcze przez wiele lat pozostanie najważniejszym sposobem kontaktu z bankiem. Zmienią się tylko jej zadania. Zamiast licznych kas, będą fotele, w których będziemy mogli spokojnie usiąść i porozmawiać z doradcą.

Nic dziwnego, że w tej sytuacji banki masowo otwierają nowe oddziały, choć jeszcze niedawno konsekwentnie je likwidowały. Przybywa przede wszystkim tzw. centrów kredytowych czyli oddziałów wyspecjalizowanych jedynie w sprzedaży kredytów hipotecznych i gotówkowych czy kart kredytowych. Pod względem liczby placówek bankowych przypadających na milion mieszkańców nadal jesteśmy na szarym europejskim końcu. Podczas gdy w Polsce jest to około 140 placówek, to na Słowacji ponad 200, a w Hiszpanii aż 950!