Tempo sprzedaży jest oszałamiające. Ludzie na wyścigi biorą tanie kredyty we frankach szwajcarskich i biegną kupować mieszkania. Klientów z gotówką jest więcej niż nowych domów, więc cena metra kwadratowego systematycznie idzie w górę. "Rynkiem mieszkaniowym rządzi dwoje najgorszych doradców - niepewność i strach przed jeszcze wyższymi cenami - mówią analitycy rynku nieruchomości.

Przykładowo - tylko w maju średnia cena nowych mieszkań w Poznaniu wzrosła o blisko... 12 proc., do 3,8 tys. za metr kwadratowy. W Warszawie, po blisko 6-proc. skoku w maju - zbliża się już do 6 tys. zł.

Kto ma stałą pracę, stara się zdobyć wymarzone lokum, zanim banki ograniczą dostępność kredytów walutowych, a cena metra kwadratowego znów podskoczy. Kupując co się da, byle szybko, sami napędzają wzrost cen. Deweloperzy wykorzystują tę sytuację - mają żniwa finansowe. Co musiałoby się stać, by mieszkaniowa bańka pękła? Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia banki drastycznie ograniczą dostępność najtańszych kredytów, a jednocześnie wzrośnie VAT na budownictwo. Masowy popyt siądzie, a inwestorzy zostaną z przynajmniej kilkunastoma tysiącami mieszkań w budowie. To jest recepta na krach rynku nieruchomości i spadek cen. W praktyce taki scenariusz jest mało prawdopodobny.

Problem w tym, że chętnych do zamieszkania w dużych miastach przybywa, a gruntów budowlanych jest coraz mniej. Deweloperzy licytują się więc o nieliczne wolne tereny, podbijając ceny działek. W poniedziałek belgijski deweloper Eastern Europe (spółka-córka firmy Ghelamco budującej głównie biurowce) po zażartej licytacji kupił na warszawskiej Woli dwuhektarową działkę za... 85 mln zł!