Według rządowych analiz, kontrakty na budowę 29 statków zawarte od października 2003 roku do lutego 2006 roku przyniosły Stoczni Szczecińskiej stratę 1,264 miliarda złotych. A do ukończonych w tym czasie czterech jednostek zakład dołożył 56 milionów złotych.

Gospodarnością nie zachwycają też byli włodarze spółki Gdynia SA, do 2006 roku zarządzający pochylniami i dokami Gdyni i Gdańska. W latach 2000-2005 spółka, według rządowych szacunków, straciła 1,3 miliarda złotych. Rozłożyły się one jednak na kontrakty dotyczące budowy 64 jednostek.

Według DZIENNIKA, winą za miliardy, które bezpowrotnie stoczyły się ze stoczniowych pochylni, rząd chce obarczyć Wojciecha Jasińskiego, ministra skarbu w rządzie PiS. Bezpieczny nie może czuć się również Jacek Piechota, w latach 2001-2005 odpowiadający w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki m.in. za stocznie.

Sam Piechota ma sobie niewiele do zarzucenia. Jego zdaniem, winne są raczej 300-procentowy wzrost cen stali i spadek kursu dolara. "Za surowce polskie stocznie płaciły w połowie w euro, w połowie w złotówkach. Za gotowe statki otrzymywały wynagrodzenie w amerykańskiej walucie" - tłumaczy "Newsweekowi". Dodaje, że za rządów SLD cała branża przeżywała okres dekoniunktury, który minął, gdy u władzy był PiS. "To oni niesłusznie wstrzymali rozpoczętą przez nas prywatyzację" - podkreśla Piechota.

Paweł Poncyljusz, wiceminister gospodarki w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego przyznaje, że Wojciech Jasiński być może zbyt wolno prywatyzował sektor.

"Pomimo unijnych ponagleń rząd musiał się liczyć z zarządami stoczni, które chciały się prywatyzować po swojemu i z wykorzystaniem państwowych dotacji" - zaznacza. Jego zdaniem, to właśnie zarządy stoczni są głównie odpowiedzialne za sytuację. "Czasami miały dwie statystyki. Jedną dla nas, inną, prawdziwszą, dla siebie" - mówi. Przyznaje też, że z czasem Bruksela, która korzystała z własnych ekspertów, miała lepsze dane o możliwościach polskich stoczni niż rząd w Warszawie.

Suchej nitki na włodarzach stoczni nie pozostawia natomiast Wiesław Kaczmarek, w latach 2001-2003 kierujący resortem skarbu. "Ludziom z rad nadzorczych brakowało profesjonalizmu i zrozumienia dla specyfiki rynku, nie umieli eliminować ryzyka związanego ze zmianami kursów walut, czy wzrostem cen surowców" - wylicza. Kaczmarek jest jednak skłonny uderzyć się też we własną pierś. "Władze państwowe niewłaściwie wykorzystały potencjał banków, które, zamiast kredytować konkretne projekty, mogły jedynie wspierać finansowo całe przedsiębiorstwa. Winą rządu jest też dopuszczenie do zaniku krajowych armatorów, którzy zamawiali jednostki" - kwituje.