Diamenty są wieczne - powtarzane za Jamesem Bondem ulubione zdanie wielbicieli ekskluzywnej biżuterii stanęło właśnie pod znakiem zapytania. "Mogą nie być wieczne" - alarmował pod koniec kwietnia wpływowy "Financial Times", powołując się na Garetha Penny’ego, szefa firmy De Beers, największego na świecie producenta tego cennego kruszcu. Rzeczniczka De Beers w rozmowie z "DGP" wyjaśnia sensacyjne doniesienia londyńskiej gazety. - Po zamknięciu kilku kopalń nie mamy już takich możliwości pozyskania kruszcu jak kiedyś - tłumaczy Lynette Goulds. Nie ma wątpliwości: diamenty już dawno nie wywołały wśród inwestorów takiego zamieszania.

Magia diamentów w dużej mierze sprowadza się do tego, jak drogocenny potrafi być kamyk wielkości drobnej monety. - Jeśli ktoś ma trzy miliony złotych, to te pieniądze zapełniłyby walizkę. Równowartość tej kwoty w złocie wymagałaby dużo więcej miejsca, bo sztabki ważyłyby blisko sto kilogramów. A diament o tej wartości spokojnie zmieściłby się w zaciśniętej dziecięcej dłoni - mówi Waldemar Śliwiński, jeden z największych w Polsce ekspertów i doradców w dziedzinie diamentowych inwestycji.

Na całym świecie zmienia się jednak podejście do drogocennych kamieni. Przestały być domeną jubilerów i miłośników drogich błyskotek. Stają się coraz popularniejszą lokatą dostępną dla każdego, kto ma trochę pieniędzy, wiedzy i kontaktów do sprawdzonych doradców (można ich znaleźć m.in. w stowarzyszeniach rzeczoznawców jubilerskich lub w Polskim Towarzystwie Gemmologicznym). Na Zachodzie sporo zmieniła kampania reklamowa jednego z producentów diamentów. W prasie i na billboardach ukazały się zdjęcia pozornie nieróżniące się od reklam biżuterii w luksusowych magazynach. Sugestia, że występująca na zdjęciu elegancka kobieta została obdarowana drogim jubilerskim cackiem, kontrastowała jednak z hasłem reklamowym: "Nie ma lepszej inwestycji niż diamentowe kolczyki".



Królowej z diamentem do twarzy

Najdroższy w historii diament surowy, 507-karatowy (1 karat to 0,2 g), o wadze pół kilograma i wielkości kurzego jaja sprzedano w lutym za równowartość 102 milionów złotych. Nabywca, firma jubilerska z Hongkongu, potnie go na kilka, kilkanaście mniejszych okazów. Każdemu nadane zostanie imię.

Kolekcja najdroższych, oszlifowanych diamentów jest w posiadaniu brytyjskiej rodziny królewskiej. Największy z nich, 530-karatowy, nazwany Gwiazdą Afryki, tkwi w berle królewskim. Jednak sławą ustępuje 105-karatowemu Koh-i-noorowi, symbolowi brytyjskiej dominacji kolonialnej. Historia i perypetie tego ostatniego, zdobiącego obecnie brytyjską koronę, wielokrotnie była opisywana (również przez Agathę Christie) i filmowana. Koh-i-noor ma szczególne znaczenie dla Hindusów, którzy wierzą, że kamień został skradziony bogowi Krisznie podczas snu.

Największe diamenty lubią wszelkie legendy. To one sprawiają, że wartość kamienia wzrasta, a jego wystawienie na widok publiczny jest zwykle tak rzadkie, że przyciąga miliony ciekawskich. Do sierpnia w waszyngtońskim Muzeum Historii Naturalnej można zobaczyć słynny błękitny diament, który ostatni raz ujrzał światło dzienne w 1958 roku. Jego właściciel kupił w 2008 roku ten 31-karatowy klejnot za rekordowe 24 miliony dolarów. Zanim do niego trafił, był w posiadaniu między innymi hiszpańskiej rodziny królewskiej (w XVII wieku) i niemieckiego rodu Wittelsbachów. Po pierwszej wojnie światowej trafił do domu aukcyjnego Christies, ale w tajemniczych okolicznościach został podmieniony na bezwartościowy kawałek niebieskiego szkła. Odnalazł się na wystawie w Belgii dopiero pod koniec lat 50.



Najbardziej wstrząsające w ostatnich latach było zrabowanie trzy lata temu kamieni wartych 27 milionów dolarów ze skarbca jednego z banków w Antwerpii (Ponoć przygotowania do akcji trwały rok. Złodzieja nie znaleziono, diamentów tym bardziej.) oraz dwóch diamentów wartych 15 milionów dolarów, które zginęły w 2004 roku ze stoiska firmy Chopard w paryskim Luwrze. W Polsce szerokim echem odbiła się kradzież klejnotów wartych około 1,5 miliona dolarów. Zniknęły z sejfu jednego z belgijskich wystawców na targach bursztynu Amberiff w Gdańsku.

Co sprawia, że diamenty budzą tak gorące emocje? - Są jak drogocenne dzieła sztuki. Tym cenniejsze, że ich twórcą jest matka natura i że powstały 3 - 4 miliardy lat temu - mówi Waldemar Śliwiński.

Najstarsze dzieła sztuki

Pożądanie to starannie stymulują firmy handlujące tym cennym kruszcem, bo każdy alarm o wysychających źródłach znajdujących się zwykle ponad 200 metrów pod powierzchnią ziemi skutkuje wzrostem cen. W latach 1990 - 1999 globalna podaż diamentów podwoiła się, bo uruchomiono wydobycie w dwóch nowych kopalniach w Australii i w Kanadzie. Od tego czasu nie znaleziono niczego porównywalnego z dużym złożem diamentowym w Zimbabwe, z którym jednak są trudności, bo kraj ogarnięty jest poważnym kryzysem ekonomicznym. Rozprzedane są już natomiast zapasy diamentów zgromadzone przez USA i De Beers w okresie zimnej wojny. Obecnie rocznie wydobywa się około 124 milionów karatów, przy czym tylko 10 - 12 procent ma wartość jubilerską. Co ciekawe, łączna produkcja diamentów surowych od czasów antycznych szanowana jest na 4,5 miliarda karatów o wartości 300 miliardów dolarów.

Szef De Beers do określenia nadchodzącej sytuacji na rynku diamentów używa określenia "słoniowe zakrzywienie podaży". A to dlatego że wykresy przewidywanej produkcji na najbliższe 20 lat przypominają tył słonia stopniowo opadający ku dołowi. Ostatnie wypowiedzi szefa koncernu De Beers spowodują wzrost cen na giełdach o około 5 procent. - Ale ten wzrost może sięgać nawet 10 - 12 procent - przekonuje Des Kilalea, analityk rynku diamentów w RBC Capital Markets.


W Chinach jak w Polsce

Głównym graczem na rynku diamentów stają się powoli Chiny. - Jeszcze 20 lat temu nie było tam kultury kupowania diamentów - mówi Gareth Penny, prezes De Beers. Rząd zapowiada, że zbuduje kopalnie eksploatujące jej złoża, nic więc dziwnego, że firma widzi w tym kraju siłę, która przyspieszy upadek jej największych kopalń w Botswanie i RPA. Na razie Chiny zdominowały rynek szlifowania diamentów. Ostatnio do jednego z ekskluzywnych sklepów jubilerskich w Szanghaju przyszła klientka, która zrobiła zakupy za 30 milionów dolarów. Droga biżuteria stała się bowiem w Państwie Środka symbolem statusu społecznego. - W Pekinie, Szanghaju i Guangzhou wybuchło prawdziwe szaleństwo: 40 procent panien młodych w tych miastach dostaje pierścionki zaręczynowe z diamentem. 15 lat temu było to nie do pomyślenia - mówi Penny.

Podobne rzeczy, choć na o wiele mniejszą skalę, działy się w Polsce lat 90. - Gdy w 1996 roku zająłem się importem diamentów, nasz rynek był pustynią. Zdominowaną, co gorsza, przez symulanty, czyli cyrkonie. Nawet w peweksach sprzedawana była tylko diamentowa drobnica. W ostatnich latach ludzie zaczęli kupować coraz większe kamienie. Widać, że jesteśmy coraz bardziej świadomi zasad rządzących rynkiem - mówi Śliwiński.

Wciąż jednak nabieramy się na podróbki - cyrkonie, przezroczyste szafiry, a od niedawna także moissanity, czyli węgliki krzemu. - Trudno się czasem nie nabrać. Tym bardziej że test z rysowaniem szkła to mit. Wystarczy do tego zwykły kamień, wcale nie najtwardszy na świecie - mówi Marcin Marcok, szef firmy Mart Diamonds, jednego z największych w Polsce dystrybutorów diamentów. Najtrudniej rozpoznać moissanit. Tym bardziej że światło załamuje lepiej niż diament, a różni się od niego strukturą właściwie na poziomie krystalizacji. Do jego zbadania konieczny jest specjalistyczny sprzęt oraz wprawne oko. Gdy moissanity kilkanaście lat temu pojawiły się na rynku, ich duża partia sprzedała się w Kanadzie jako prawdziwe diamenty po okazyjnej cenie. Nie wiadomo, jak duża była skala oszustwa, bo jubilerzy w trosce o swoje dobre imię nie przyznawali się do felernego zakupu.


Według Marcoka jedną z plag w handlu diamentami jest ich poprawianie, czym zajmują się specjalne firmy zwłaszcza w USA. - To dopuszczalne, bo zwiększa poziom czystości kamienia, ale obniża, czasem nawet bardzo, jego wartość. Bo nie da się ukryć ludzkiej ingerencji - mówi Marcok. Bardzo popularna jest metoda Yehudy polegająca na wypalaniu inkluzji, czyli mikroszczelin, promieniem laserowym, a następnie sztucznym uzupełnianiu ubytków. Kamienie są też często napromieniowywane, żeby nadać im pożądaną barwę. Jednak działa to tylko kilka lat. Potem wracają do poprzednich odcieni.

Szef Mart Diamonds podkreśla również, że jednym z podstawowych błędów początkujących inwestorów jest patrzenie na kamień tylko przez pryzmat jego masy. Tymczasem w profesjonalnym handlu diamentami obowiązuje przede wszystkim zasada oceny "4 C". Od angielskich: carat (karat), colour (barwa), clarity (czystość) i cut (szlif). A ostatnio coraz bardziej zwraca się uwagę również na symetrię cięć. - Wszystkie te kryteria sprawiają, że dwa pięciokaratowe diamenty mogą się różnić ceną nawet stukrotnie. Jeśli jeden jest idealnie przezroczysty, mieni się rzadko spotykanym błękitem i ma najtrudniejszy, tak zwany brylantowy szlif, a drugi, żółto-brązowy, ma skazy widoczne gołym okiem, za pierwszy sprzedawca będzie żądał 123 tysięcy dolarów za karat, drugi kosztować będzie najwyżej 1700 dolarów za karat - tłumaczy Marcok.

Każdy większy diament (powyżej 1 karata) musi mieć swój certyfikat potwierdzający cechy kamienia, takie jak barwa, czystość, masę oraz ocenę szlifu. Choć organizacje wydające je nie komentują wzajemnych decyzji, za najbardziej prestiżowe uznaje się dokumenty wydawane przez GIA (Amerykański Instytut Gemmologiczny), HRD (belgijską Najwyższą Radę Diamentów) i IGI (Międzynarodowy Instytut Gemmologiczny). - Certyfikat o mniejszej wartości (np. EGL - Europejskie Laboratorium Gemmologiczne) oznacza, że gdyby ocenę wydało bardziej liczące się gremium, byłaby o 1 - 2 stopnie niższa - wyjaśnia Waldemar Śliwiński.


Diament w portfelu (na szczęście)

Na szczęście, jeśli chcemy się zająć inwestowaniem w diamenty, nie musimy się uczyć wszystkich oznaczeń barw czy czystości kamienia. Wystarczy, że mamy godnego zaufania i legitymującego się certyfikatami doradcę diamentowego. - Z miniwykładami jeżdżę do inwestorów w całej Polsce. Jeśli zechcą potem ze mną współpracować, sami ustalają marżę - opowiada Śliwiński. Waha się ona zazwyczaj od 3 do 7 procent. By inwestycja miała sens, potrzebne jest przynajmniej kilkanaście tysięcy złotych.

Na szlifowanych diamentach trudno stracić, bo w ostatnim stuleciu ich ceny nie spadły ani razu. - To dobra lokata zwłaszcza na trudne czasy, gdy na akcjach raczej się traci, a nieruchomość trudniej sprzedać. Przekonali się o tym ludzie zwłaszcza w czasie wojny, gdy tracili całe majątki. Ratowały ich drobne kryształki. A w czasie ostatniego kryzysu, ci, którym wcześniej udało się go przewidzieć, potrafili na wysokiej klasy kamieniach 2-, 5-karatowych zyskać nawet 200 procent ich wartości - mówi Śliwiński.

- Przy większych inwestycjach ważne jest, zwłaszcza dla początkujących inwestorów, by kupić kilka mniejszych kamieni zamiast jednego dużego. W razie gdybyśmy nagle potrzebowali pieniędzy, można spieniężyć jeden diament, a pozostałe będą cały czas na siebie pracować - radzi Marcin Marcok. W ten sposób można też tworzyć portfel inwestycyjny. Szef Mart Diamonds wspomina klienta, który postanowił inwestować w diamenty małymi kroczkami. Od kilku lat co roku, tego samego dnia zgłasza się do niego po brylant o masie pół karata. Kupuje je dla córki na urodziny. Za pierwszy kamień zapłacił równowartość około kilkuset dolarów, ostatni kosztował go około 1200 dolarów. - Z perspektywy inwestora to niewielkie zakupy, ale zbierane systematycznie przez lata tworzą niezłą kolekcję, która będzie bardziej opłacalna niż mieszkanie - mówi Marcok. I nie ma wątpliwości, że takich klientów z roku na rok będzie miał coraz więcej.