Rozmawiamy online, ale niestety produkcji nie da się prowadzić zdalnie…

Reklama

Od kilku lat widać było tendencję rozpraszania aktywności biznesowej na wiele krajów. Trwający kryzys jeszcze to przyspieszy. Przed laty wiele firm, tak jak i my, zaczęło się zastanawiać, czy jest sens wzmacniać produkcję w Chinach.

Dlaczego?

Bo zmienia się biznes. Dziś elastyczność często liczy się bardziej niż cena. Zamówienia realizowane są metodą „just-in-time”, oczekuje się natychmiastowego działania i bezpośredniego dotarcia do klienta, do którego dostosowany jest produkt. A mimo globalizacji, dystans do Chin wciąż stanowi problem. Transport pochłania sporo czasu, a skrócenie go jest kosztowne i obniża opłacalność. Uwzględniając oczekiwania klientów, musimy dopasować się do tego, żeby realizować ich potrzeby niemalże w tej samej chwili. Trudno jest utrzymać wydajny i szybki łańcuch dostaw na Europę, działając tylko w Chinach i dostarczając tam jeszcze materiały.

To nie problem wybudować 10 nowych fabryk w Europie. Schody zaczynają się, gdy szukamy wykwalifikowanej kadry, która będzie tam pracować.

W Europie jest wielu wykwalifikowanych pracowników. Na przykładzie Polski widać, jak to się zmienia. Wcześniej inwestowano tu przede wszystkim ze względu na niskie koszty pracy. Dziś powody są inne. Inwestuje się tu ze względu na położenie w centrum kontynentu, dobre połączenie z innymi państwami Europy, co ułatwia dotarcie do klientów. No i na samym szczycie tych zalet jest to, że w Polsce są dobrze wykwalifikowani pracownicy. Przed koronawirusem wszyscy zastanawiali się, jak znaleźć dobrych pracowników. Teraz to się zmienia. Uważam, że wiele elementów strategicznej produkcji może wrócić do państw, w których jest główna siedziba firm.

Globalizacja ustąpi miejsca interesom narodowym?

Globalizacja jest ciągle żywa i nie da się jej powstrzymać. Ale jej porządek będzie zapewne wyglądał inaczej. Na pewno poszczególne rządy państw dotkniętych pandemią będą chciały jeszcze bardziej niż wcześniej dbać o interesy swoich obywateli. Polska ma wciąż niską stopę bezrobocia, a po koronawirusie w wielu państwach Europy Zachodniej będzie ona zapewne szybko rosła. I teraz te kraje będą dążyć do stworzenia miejsc pracy u siebie.

Co może zrobić rząd, by zrealizować taki cel? Włochy już kiedyś próbowały wdrażać podobny projekt w czasie rządów Silvia Berlusconiego i to się nie udało.

Dlatego ważne są inicjatywy wspierające przedsiębiorczość, które pomogą zoptymalizować koszty. Polska nigdy nie straci tego, co zyskała w ciągu ostatnich lat, ale może stracić tym, że rząd na razie nie zachęca specjalnie do aktywności zagranicznych inwestorów. A od tego zależy przyszłość gospodarki. Wiele krajów potrzebuje teraz ekonomicznego restartu, zagraża im bezrobocie. Rządy nie mogą pozostawić przedsiębiorców samym sobie, bo w interesie wszystkich jest to, aby wznowić pracę. Pytanie, czy teraz pracodawcy otrzymają w Polsce czy na Słowacji podobne wsparcie, na jakie będą mogli liczyć w Hiszpanii czy we Włoszech.

Państwa, z których pochodzą firmy, wykorzystają sytuację do sprowadzenia produkcji z powrotem do kraju?

Tak, oczywiście.

Jak Pan to sobie wyobraża?

Zaczną od rozwoju polityki fiskalnej wspierającej tworzenie nowych miejsc pracy. Niektóre kraje, w których koronawirus nie jest tak rozpowszechniony, i tak mogą ucierpieć z racji bliskiego związku ekonomicznego z innymi państwami. Zwłaszcza jeśli były silnie uzależnione od zagranicznego kapitału. Myślę, że koronawirus nie zakończy ani nie cofnie globalizacji, ale teraz firmy i państwa zastanowią się dwa razy, zanim zdecydują się na ulokowanie pieniędzy daleko od centrali.

Współczesny przemysł nie potrzebuje tak dużo pracowników, co pieniędzy. Europa Zachodnia ma ich znacznie więcej.

Reklama

To prawda. Dziś też łatwiej utrzymać się bardziej zmechanizowanym firmom. Takie funkcjonowanie gwarantuje wyższe marże, jest mniej podatne na wahania rynku pracy. W naszej gałęzi przemysłu problemem jest natomiast niska marża z powodu wysokich kosztów. Po koronawirusowej lekcji nie będzie już dylematu między umaszynowieniem a liczbą pracowników. To będzie kwestia przetrwania.

Co w takim razie powinny zrobić rządy państw Europy Środkowej i Wschodniej?

Państwa regionu przeżywały boom gospodarczy, bo silnie związały się z Zachodem i czerpały korzyści z położenia geograficznego. Trudno wyobrazić sobie tak dynamiczny rozwój, gdyby nie zagraniczne inwestycje. Teraz państwa regionu mówią, że są zbyt uzależnione od Zachodu. Tymczasem zaangażowanie zagranicznych firm trzeba utrzymać, zamiast uprawiać demagogię. Obecnie rząd w Polsce próbuje zjednywać sobie ludzi, ale nie przeprowadził reform skutecznie usprawniających gospodarkę. Należałoby na chłodno spojrzeć na sytuację w realnej gospodarce i wyważyć interesy przedsiębiorców i możliwości państwa. Jeśli zlekceważy się potrzeby biznesu, w dłuższej perspektywie okaże się, że nikt nie będzie w stanie spełniać oczekiwań zwykłych ludzi. Rozdanie 500 zł jest łatwe. Trudniej jest coś zmienić systemowo czy spowodować, że ludzie będą chętnie inwestować. Niemcy zapewne dalej będą chcieli inwestować w Polsce. Tutaj odległość nie robi większego znaczenia, a Polska to dla nich naturalny, lokalny partner. Sytuacja komplikuje się w kontekście przedsięwzięć brytyjskich, francuskich czy włoskich. Tutaj potrzeba dodatkowego bodźca. Firmy muszą wiedzieć, dlaczego chcą inwestować właśnie tu.

Jakie byłoby zatem najlepsze narzędzie pomagające w podjęciu takiej decyzji biznesowej?

Największe gospodarki wspomagają w tym okresie utrzymanie biznesu i zatrzymanie kapitału, np. wydatnie, a nie symbolicznie dokładając się do pensji pracowników. Chodzi o to, aby utrzymać gospodarkę przy życiu poprzez zachowanie miejsc pracy. To narzędzie, które z jednej strony zapewnia, że środki pozostaną w kraju, a z drugiej gwarantuje, że inwestycje nie odpłyną. To tak naprawdę pomoc udzielana nie tylko przedsiębiorcom, ale całemu społeczeństwu. Dzięki temu można później osiągnąć dynamiczny wzrost, a także pokazać innym podmiotom, że nie zostaną na lodzie, gdy zdecydują się zainwestować w danym kraju i przydarzy się kryzys. To duża zachęta.

Czy ponowne intensywne uprzemysłowienie Europy jest w ogóle możliwe? Wizje autonomicznych pojazdów czy powszechnej zaawansowanej robotyzacji często brzmią nieprawdopodobnie.

Moim zdaniem to możliwe. To kwestia zainwestowania i wdrożenia któregoś z takich rozwiązań. A ono pociągnie kolejne, a jeśli zostanie zagwarantowana szybka stopa zwrotu, zaangażują się w to też inni przedsiębiorcy. Obecnie zazwyczaj liczą oni na zwrot inwestycji w ciągu dwóch, trzech lat. Myślę, że teraz ta perspektywa się zmieni. Lepiej będzie zainwestować w stabilność, zamiast liczyć na szybkie zwroty. Myślę, że czeka nas szybka rewolucja przemysłowa spowodowana obecną sytuacją. Wszyscy będą chcieli się koncentrować na pracy, która będzie mniej zależna od ludzi.

Zmieni się sposób kształcenia młodych osób? Będzie miał charakter bardziej techniczny, by dać podstawy do obsługi maszyn?

Tak. Za bardzo koncentrowaliśmy się na elitach zarządzających. Potrzeba szkół wyższych, które będą dobrze kształciły nie tylko menedżerów, ale też pracowników technicznych. Teraz mniej będziemy potrzebować nowych elit, a bardziej ludzi, którzy będą w stanie odbudowywać realną gospodarkę. Zmiany zostały już zapoczątkowane, ale to wciąż długi proces. W Hiszpanii czy we Francji widać lukę w branży informatycznej. To kwestia trzech, czterech lat, aż kształcenie ukończą ludzie inaczej przygotowani.

Jak koronakryzys uderza w podstawy ekonomii Zachodu? Czy rzeczywistość będzie taka jak wcześniej? Ludzie boją się wydawać pieniądze jak dawniej. Zresztą będą ich mieli mniej.

Lekcja wyniesiona z pandemii będzie silnie oddziaływać na pokolenia, które ją przeżyły. Na pewno negatywnym aspektem będzie przeświadczenie, że utrzymywanie bliskiego kontaktu z innymi może okazać się niebezpieczne. To oznacza, że trudno będzie ponownie organizować wielkie wydarzenia masowe. Trudno sobie wyobrazić, że restauracje będą mogły działać tak jak wcześniej. Klienci nie będą się czuli komfortowo, gdy blisko nich siedzą inni ludzie. Podobnie z kinami. Te miejsca dalej będą istnieć, ale będą inaczej projektowane. Być może okaże się, że potrzeba więcej sal kinowych mieszczących mniej osób. Zmniejszy się pojemność stadionów, a przecież sportowa rywalizacja to duża część gospodarki. Zmienią się inne gałęzie gospodarki, takie jak rozrywka czy turystyka.

Dziękuję za rozmowę.

Marek Tejchman



Fabio Pommella

Prezes zarządu Whirlpool Company Polska. Na początku kariery pracował w Laboratorio Acustica e Vibrazioni w Adler Plastic. W styczniu 2001 r. dołączył do Indesit Company jako inżynier procesu w fabryce Carinaro, później jako kierownik działu technologii. Awansowany w 2004 r. na stanowisko kierownika operacyjnego w Carinaro. W 2006 r. przeniósł się do polskich struktur Indesit. W 2012 r. był odpowiedzialny za budowę dwóch łódzkich fabryk. W 2013 r. został kierownikiem oddziału w Łodzi obejmującego cztery zakłady. W 2018 r., po połączeniu Indesit z Whirlpool, został prezesem zarządu Whirlpool Company Polska.