Swoje prognozy eksperci Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej (PUIG) i agencji pracy Foreign Personnel Service podpierają m.in. analizą ankiet przeprowadzonych przez
ukraiński portal OLX Praca. Wynika z niej, że 20 proc. osób, które dotychczas wyjeżdżały do pracy za granicę, nie ma zamiaru dalej tego robić. Tę tendencję wzmacniają też optymistyczne dane z ukraińskiej gospodarki: rośnie ona obecnie w ponad 4-procentowym tempie, z ponad 10-procentowym wzrostem płac i wieloma inwestycjami w większych ośrodkach.

Reklama

Rok 2020 będzie przełomowy pod względem tendencji migracyjnych Ukraińców. Prognozowane jest, że po raz pierwszy od kilku lat wskaźnik ich migracji netto może
być pozytywny, co oznacza, że z Ukrainy wyjedzie mniej osób, niż do niej wróci
– komentuje Paweł Kułaga z Foreign Personnel Service, ekspert PUIG.

Jeszcze w pierwszym półroczu 2019 r. (dane za II półrocze nie są dostępne) pracodawcy w Polsce wydali ponad 764 tys. oświadczeń o powierzeniu pracy cudzoziemcowi. Rok wcześniej było to 692 tys. W I kw. 2019 r. rosła także liczba zezwoleń na pracę. Andrzej Kubisiak, ekspert rynku pracy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zgadza się jednak, że poprawa sytuacji gospodarczej na Ukrainie może zatrzymać wzrost imigracji nad Wisłę. To zła wiadomość dla polskich pracodawców, zwłaszcza z branży budowlanej, przemysłu, logistyki i handlu. To na te gałęzie przypada aż 64 proc. wakatów, jakie zgłaszają przedsiębiorcy.

I wszystkie badania rynku pracy pokazują, że branże te szukają przede wszystkim pracowników niewykwalifikowanych – mówi Andrzej Kubisiak. A połowa Ukraińców
pracujących w Polsce na podstawie oświadczeń pracodawców (to najpopularniejsza forma zatrudnienia) wykonuje właśnie prace proste. Ekspert podkreśla jednak,
że ważniejsze od tego, ilu Ukraińców przyjedzie do Polski, jest to, na jak długo zostaną na rynku. Jak mówi, z tych samych danych MRPiPS wynika, że rośnie liczba stałych zezwoleń na pracę. A to oznacza, że migracja zmienia charakter z krótkoterminowej na długoterminową.

Będzie coraz mniej przyjazdów z Ukrainy

Eksperci podkreślają, że trzeba zadbać przede wszystkim o to, by ci, którzy już tutaj pracują, zostali na dłużej.

Potencjał imigracji zarobkowej z Ukrainy wydaje się wyczerpywać. Jeśli rację mają Polsko-Ukraińska Izba Gospodarcza (PUIG) i agencja pracy Foreign Personnel Service, to w przyszłym roku do Polski przyjedzie mniej Ukraińców niż w 2019 r. PUIG szacuje, że liczba oświadczeń o zatrudnianiu ukraińskich pracowników, jakie składają pracodawcy, może spaść nawet o ponad 10 proc.

Lepiej w kraju

Przyczyny? Gospodarka Ukrainy ma się coraz lepiej. W III kwartale wzrost PKB wyniósł 4,2 proc. Dobra koniunktura zapewnia wzrost płac rzędu 10 proc. Duża skala emigracji (według ukraińskiego Ministerstwa Polityki Społecznej obecnie za granicą przebywa około 3,2 mln obywateli tego kraju, co stanowi prawie 18 proc. aktywnych zawodowo) skłoniła rząd Ukrainy do organizowania dużych kampanii informacyjnych, zachęcających nie tylko do pozostania w kraju, lecz także do powrotów.

– Im lepiej będzie się rozwijała gospodarka w kraju, tym mniej osób będzie decydować się na emigrację zarobkową – ocenia Paweł Kułaga, ekspert Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej i prezes Foreign Personnel Service.

Reklama

PUIG twierdzi, że widać już rosnącą niechęć do wyjazdów. Izba zwraca uwagę na niektóre ankiety przeprowadzane na Ukrainie, np. tę zrobioną przez ukraiński portal OLX Praca. Wynika z niej, że 20 proc. pracowników, którzy dotychczas wyjeżdżali do pracy za granicę, nie ma zamiaru kontynuować tego w przyszłości. A ci, którzy będą wyjeżdżać, chętniej jednak będą starali się o pozwolenia na pracę w Niemczech, Czechach i krajach bałtyckich. Natomiast na atrakcyjności będą traciły Polska i Białoruś.

PUIG jako konkurencję dla Polski wskazuje dwa kraje: Niemcy, które stopniowo liberalizują dostęp do swojego rynku pracy, i Czechy, które podwoiły kwotę pracowników z ukraińskim paszportem, których mogą zatrudnić lokalne firmy. Popyt na pracowników w Czechach jest przy tym wyjątkowo silny. Według Eurostatu w III kwartale wakaty stanowiły 6,2 proc. wszystkich miejsc pracy w czeskich firmach. To unijny rekord. Średnia dla całej UE to 2,3 proc. W Polsce wskaźnik wynosi 1,1 proc.

Nie przesadzać z obawami

Co na to polscy eksperci? Zdania są mocno podzielone. Dariusz Blocher, prezes budowlanego Budimeksu, oczekuje, że od lipca 2020 r. 15–20 proc. przebywających w Polsce Ukraińców wyjedzie za pracą do Niemiec w związku z liberalizacją lokalnych przepisów. Według niego nie musi to wywołać większych napięć w branży, bo akurat zbiegnie się to z pogorszeniem koniunktury.

– Maleje presja na pozyskiwanie pracowników w związku ze spadkiem zleceń. Stąd oczekujemy, że niedobór pracowników szacowany obecnie na 70–80 tys. się nie pogłębi. A jeszcze dwa lata temu sięgał 130–150 tys. – mówi Blocher. Dodaje, że cudzoziemcy, wśród których dominują osoby z Ukrainy i Białorusi, stanowią w budowlance 40 proc. załogi.

Andrzej Kubisiak, ekspert rynku pracy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, radzi nie przesadzać z obawami o konkurencję międzynarodową. Zwraca uwagę na liczby. Owszem, Czesi podwoili kwotę zatrudnienia dla Ukraińców – ale po zwiększeniu wynosi ona 40 tys.

– W porównaniu do szacowanych 1,5 mln Ukraińców pracujących w Polsce w ciągu roku to nawet nie jest kropla, skala jest zupełnie nieporównywalna. A co do Niemiec – ja też początkowo obawiałem się konkurencji, gdy opublikowano projekt liberalizacji dostępu do tamtejszego rynku. Ale w wersji, jaką ostatecznie przyjęto, nie jest ona już tak groźna – uważa Kubisiak.

Wskazuje m.in. na wymóg znajomości języka, co jego zdaniem może być dość istotną barierą, szczególnie dla mniej wykwalifikowanych pracowników. Czyli tych, którzy stanowią połowę wszystkich Ukraińców pracujących na podstawie oświadczeń składanych przez polskich pracodawców.

Ekspert PIE uważa jednak, że powinniśmy zmienić swoje podejście do ukraińskiej imigracji i bardziej niż o jej skalę dbać o jej trwałość. – Lepiej, żeby pracownicy z Ukrainy przyjeżdżali tu na dłużej i wiązali swoją przyszłość z Polską, bo stabilizowałoby to sytuację na rynku pracy. Pierwsze pozytywne sygnały już widać, choćby w rosnącej liczbie wydawanych pozwoleń na pracę czy cudzoziemców płacących składki do ZUS – mówi Andrzej Kubisiak.
Problemy administracji

Ale nie brakuje też sygnałów, że to nasza administracja nie potrafi zadbać o trwałość imigracji. Adwokat Karolina Schiffter, partner w kancelarii Raczkowski Paruch, zwraca uwagę na przewlekłość procedur związanych z otrzymaniem pozwolenia na zatrudnienie i pobyt.

– Tegoroczny raport NIK potwierdza dramatyczną sytuację, wskazując, że polskie urzędy wojewódzkie są niewydolne i nieprzystosowane do obsługi cudzoziemców – zaznacza prawniczka. I dodaje, że we Wrocławiu na rozpatrzenie wniosku czeka się nawet dwa lata, a powinno dwa miesiące. W Warszawie urzędnicy nie wzywają do uzupełnienia braków formalnych i wydają przez to negatywne decyzje. Z kolei osoby, którym kończy się wiza, a które wystąpią z wnioskiem o pozwolenie na pobyt, czekają na jego rozpatrzenie średnio 6–8 miesięcy. W tym czasie nie mogą wyjechać, bo inaczej znów będą musiały przechodzić procedurę wizową.

– Rośnie w związku z tym liczba skarg na przewlekłość postępowania. Odwołania w Urzędzie ds. Cudzoziemców trwają natomiast co najmniej rok. To zniechęca obcokrajowców, którzy są w ciągłej niepewności. Nie mówiąc już o tym, że jeśli nie mają pełnomocnika w naszym kraju, to trudno jest im się porozumieć w polskich urzędach – zauważa Schiffter.