Skłonność do zwalniania pracowników jest u nas tak silna, jak w krajach bliskich bankructwa. Ekonomiści mają nadzieję, że to przejściowy trend - informuje "Puls Biznesu"

Reklama

Historia polskiej gospodarki ostatnich miesięcy to seria sukcesów. Według Głównego Urzędu Statystycznego, produkcja przemysłowa w grudniu była o 7,7 proc. wyższa niż przed rokiem. Ale jak wynika z badania firmy doradczej Grant Thornton, statystyczny polski przedsiębiorca ma równie pesymistyczne wizje dotyczące zatrudnienia jak pracodawca z Grecji.

Równie niepokojąco wyglądają plany polskich firm dotyczące inwestycji w budynki. Jeszcze kwartał temu znacznie więcej przedsiębiorców zamierzało zwiększać nakłady na ten cel, niż je ograniczać. Wystarczyły trzy miesiące i obie grupy się zrównały. Znowu jesteśmy w europejskim ogonie, w sąsiedztwie krajów na skraju bankructwa.

Fatalne nastroje na rynkach finansowych i czarne wizje snute przez polityków i ekonomistów sprawiły, że przedsiębiorcy zniechęcili się - przynajmniej na razie - do podejmowania odważnych, rozwojowych decyzji. Stwierdzili, że koniunktura nie będzie się poprawiać, więc nie ma sensu zwiększać mocy produkcyjnych" - tłumaczy Tomasz Wróblewski, partner zarządzający Grant Thornton.

Eksperci sądzą jednak, że polskiego rynku pracy nie czeka aż tak głęboka zapaść, jak zapowiadają to przedsiębiorcy. Polską gospodarkę czeka jedynie spowolnienie, a nie recesja. Nie ma więc potrzeby głębokiego redukowania zatrudnienia. W 2012 r. liczba miejsc pracy pozostanie mniej więcej na poziomie z roku ubiegłego - mówi Adam Czerniak, ekonomista Kredyt Banku.