Reklama

Wyobraźmy sobie, że jest koniec lata 1941 r., siedzimy w ogródku jednej z kawiarni w Breslau. Na zachowanych zdjęciach z tamtych wakacji widać, że pogoda była śliczna, a kawiarnie pełne zadowolonych Niemców. Gdy oni spokojnie delektowali się słodyczami, pod Kijowem Grupa Armii "Środek" oraz Grupa Armii "Południe" zamknęła w okrążeniu prawie 700 tys. żołnierzy Armii Czerwonej. Militarnej katastrofy o takich rozmiarach nie znała historia wojskowości. Po likwidacji kijowskiego kotła droga na Moskwę zdawała się stać przed Wehrmachtem otworem.

Tymczasem w naszej kawiarni zjawia się tajemniczy przybysz i postanawia poinformować zebranych, że już za cztery lata Niemcy przegrają wojnę, znajdą się pod okupacją Amerykanów i Sowietów, a następnie zostaną podzielone na dwa państwa. Siedzącym przy stolikach ludziom odbiera mowę. Obsługa chwyta za telefon, żeby zadzwonić na gestapo. Nagle ów przybysz oznajmia: A to miasto będzie się nazywało Wrocław, zostanie przyłączone do… Polski i tu będą przychodzili Polacy. Ludzie oddychają z ulgą, obsługa rezygnuje z telefonu na gestapo i zaczyna szukać numeru do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Wszyscy uznają, że w kawiarni pojawił się wariat albo nie do końca zrównoważony żartowniś. Rzecz, jaką usłyszeli, przekroczyła próg tego, co potrafili sobie wyobrazić. A potem szybko mijają cztery lata.

Tak III Rzesza przegrała wojnę na wschodzie

Reklama

Przegrywanie przez III Rzeszę wojny na wschodzie wyglądało następująco. Kampanię zaplanowano jako blitzkrieg, choć miała się toczyć na bardzo rozległym obszarze, a Armia Czerwona przeważała liczebnie nad siłami zgromadzonymi przez Niemców i ich sojuszników. Hitler postawił wszystko na jedną kartę, bez planowania, co zrobić, jeśli Moskwa nie padnie przed zimą. Gdy tak się nie stało, w kolejnym roku okazało się, że na froncie wschodnim III Rzesza nie ma dość sił, by nadal nacierać na wszystkich kierunkach. Najbardziej wartościowe jednostki skoncentrowano więc na południu, żeby przebiły się na Zakaukazie, zdobyły pola naftowe wokół Baku i przecięły kluczowy szlak komunikacyjny ZSRR, jakim stała się Wołga. Trzeba było tylko zdobyć Stalingrad. Po pół roku krwawych walk Stalingrad niemal zdobyto. Po czym mogąca się pochwalić tym sukcesem 6. Armia gen Friedricha Paulusa znalazła się z nadejście zimy w okrążeniu. Jej zagłada okazała się punktem przełomowym. Zasoby ludzkie i sprzętowe III Rzeszy stawały się zbyt małe, żeby móc utrzymać front w razie ofensywy Armii Czerwonej. Dopiero wówczas Hitler dostrzegł swój kolejny wielki błąd. Pomimo próśb doradców uparcie nie godził się na militaryzację gospodarki i powoływanie pod broń jak największej liczby mężczyzn. Choć prowadził śmiertelnie niebezpieczna grę, aż do klęski pod Stalingradem starał się, by zwykli Niemcy nie odczuwali skutków wojny.

Reklama

Groźba załamania się całego frontu zmusiła go do zmiany strategii. Ogłosił to 18 lutego 1943 r. w Pałacu Sportu, chyba w swym najlepszym przemówieniu w karierze, Joseph Goebbels. Nota bene, niezwykłość przemowy polegała na tym, iż minister propagandy nie ukrywał rozmiarów poniesionej klęski. Wręcz przeciwnie, większość wystąpienia poświęcił na uświadamianie słuchaczy, jak straszna rzecz się stała i że nad wszystkimi zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Przy czym, potęgując strach, jednocześnie kreował nazistowskie Niemcy na obrońcę świata Zachodu, czyli tych… dobrych. Dwa tysiące lat historii Zachodu jest w niebezpieczeństwie - mówił. Dopiero na koniec zapytał: Czy chcecie wojny totalnej?, wskazując, iż tylko ona przyniesie zwycięstwo. Ludzie oczywiście chcieli. Jednak mobilizację wszystkich zasobów państwa przeprowadzono zbyt późno. Starczyło tego na próbę przejęcia inicjatywy w morderczej bitwie na Łuku Kurskim, zakończonej kompletnym wykrwawieniem się najlepszym jednostek Wehrmachtu i SS. Potem był już tylko zjazd w dół. Aż rzeczy latem 1941 r. niewyobrażalne dla Niemców okazały się ich nową codziennością.

Jak wyglądało rosyjskie natarcie na Ukrainę?

W przypadku kolejnych faz rosyjskiej inwazji na Ukrainę, to najpierw zaplanowano blitzkrieg, choć walki miały się toczyć na bardzo rozległym obszarze, a siły zgromadzone do przeprowadzenia operacji ustępowały liczebnie ukraińskiej armii. Władimir Putin i jego podkomendni nie opracowali planu, co zrobić, jeśli Kijów nie padnie. Tymczasem nie padł, a poniesione straty okazały się tak duże, że rosyjskie wojska utraciły zdolność prowadzenia działań ofensywnych na wielu kierunkach. Skoncentrowano więc najlepsze jednostki na środkowym froncie i rzucono na umocnione, ukraińskie pozycje. Ofensywa przyniosła jedynie zdobycie Siewierodoniecka oraz olbrzymie straty.

W tym czasie stawało się coraz bardziej widoczne, jak wielkim błędem Putina było zaniechanie wojennej mobilizacji całego państwa i społeczeństwa na początku inwazji. Bez tego Rosja okazała się niezdolna do wykorzystania posiadanych przez siebie zasobów. Na front wysłano zbyt mało żołnierzy, a ich wyposażenie, zaopatrzenie i wyszkolenie nie dają już szansy na odniesienie nad Ukrainą decydującego zwycięstwa. Co więcej, ukraińska kontrofensywa pod Charkowem pokazała, że obecnie wojska putinowskiej Rosji nie mają dość sił nawet na to, żeby zapewnić stabilność długiej na 1,2 tys. km linii frontu. Łatać dziury można, jak Niemcy w 1944 r., przerzucając jednostki w kolejne zagrożone miejsca. Ale jeden rzut oka na mapę wystarczy, żeby zobaczyć, na jak wielkie odległości musieliby Rosjanie transportować żołnierzy i ciężki sprzęt. Jeśli bronią Chersonia, brakuje im siła na północy, jeśli odpuszczą południe, ryzykują, że Ukraińcy tam osiągną swój kolejny sukces. Ci zaś, dzięki dużo krótszym szlakom komunikacyjnym, posiadają teraz olbrzymie możliwości manewru. Nie utrudni go nawet rosyjskie lotnictwo, obecnie kompletnie bezradne pod Charkowem.

Przełom psychologiczny

Ten stan rzeczy sprawia, że przełom psychologiczny już się wydarzył. Nie tylko Ukraina, ale też Zachód uwierzył, że Rosja przegra wojnę. To sprzyja wzmożeniu międzynarodowej pomocy dla Kijowa, by tą drogą jak najszybciej zakończyć destabilizujący ekonomicznie i politycznie konflikt. Jednocześnie rosyjscy żołnierze widzą, iż grozi im toczenie walk w zimie. Wówczas kluczem do sukcesu stają się zdolności logistyczne sił zbrojnych, konieczne dla zapewnienia ciepłych ubrań, odpornego na mrozy wyposażenia, kalorycznego pożywienia, ogrzewanych pomieszczeń, itd. Bez tego zimno zaczyna zabijać skuteczniej od kul i artyleryjskich pocisków. Ale rosyjska logistyka stała się już przysłowiowa, zaś zima za pasem. Jednocześnie w okolicach Chersonia, na zachodnim brzegu bardzo szerokiego Dniepru tkwią najlepsze jednostki armii rosyjskiej. Czyż nie przypomina to Stalingradu?

W tej sytuacji Kreml ma kilka opcji do wyboru, lecz żadna już nie chroni przed początkiem niewyobrażalnych zmian. Władimir Putin wzorem Hitlera i Goebbelsa może otwarcie przyznać się do klęski i wzbudzając strach przed jej konsekwencjami oraz odwołując się do rosyjskiego nacjonalizmu próbować prowadzić wojnę totalną. Mobilizując do niej wszelkie zasoby ludzkie oraz materiałowe. Ukraina posiada dużo mniejsze i taki ruch dawałby szansę na odwrócenie biegu wojny. Jaki ten jest, także dobrze widać na mapie. Rosja największe obszary ziem zdobyła wiosną. Potem musiała wycofywać swe siły spod Kijowa i z północnych okolica Charkowa. Teraz najeźdźcy w panice uciekają już spod Iziumu. Jeśli Kreml nie zmieni sposobu uzupełnia strat, odzyskanie inicjatywy na froncie wydaje się niemożliwe. Dodatkowo zima rosyjskie straty spotęguje.

Tyle tylko, iż Putin unikając ogłoszenia mobilizacji, pokazał, jak bardzo obawia się dania broni do ręki dziesiątkom tysięcy mieszkańców dużych miast. Poborowi w 1904 i 1917 r., zamiast bić się z wrogiem, woleli opowiadać się po stronie rewolucjonistów. Z kolei w 1941 r. na masową skalę oddawali się do niemieckiej niewoli, a nawet chcieli walczyć przeciw Stalinowi pod komendą gen Własowa. To, że w ostatnich dniach dzielnicowi radni w Petersburgu i Moskwie odważyli się podpisywać pod apelem wzywającym Dumę do odsunięcia od władzy prezydenta, wskazuje na jedno. Mieszkańcy dużych miast bardziej od policyjnych represji zaczynają się bać przyszłości fundowanej im przez Putina. Tym przekonując go, by lepiej nie dawał im karabinów do ręki. Jednak wówczas wojna na Ukrainie zostanie przegrana.

Pole manewru nie jest duże

Bez totalnej mobilizacji pole manewru Kremla nie jest duże. Może próbować po cichu dogadać się z Waszyngtonem. Jednak prawdopodobieństwo, iż administracja Joe Bidena pozwoliłaby wyjść Putinowi z wojny, zachowując twarz i jakieś zdobycze kosztem Ukrainy, wydaje się znikome. Pozostaje więc Moskwie szantaż atomowy (bo ten energetyczny okazuje się nieskuteczny) i ewentualne błaganie Pekinu, by zechciał wspomóc Rosję dostawami uzbrojenia i amunicji. Zaś w przyszłości, by Chiny wzięły upadające mocarstwo na swe utrzymanie. W tle migocze jeszcze jedno rozwiązanie, budzące tyle nadziei na Zachodzie. Otoczenie Putina oraz armia zawiązują sprzysiężenie à la spisek Stauffenberga i tą drogą skracają życie tyranowi. Tylko ów cały czas demonstruje, jak bardzo dba o swe bezpieczeństwo. O ile więc spisek jest możliwy, to jego powodzenie wcale nie wydaje się pewne.

Wszystkie wymienione opcje łączy jedna rzecz. Żadna już nie chroni Rosji oraz wszystkich krajów z nią graniczących przed uczestniczeniem w niewyobrażalnych zmianach. Nadejdą, ponieważ wojny na Ukrainie nie udało się Putinowi wygrać i teraz są one już tylko kwestią czasu.