W środę przedstawiciele USA i RFN potwierdzili wcześniejsze doniesienia prasowe, iż oba państwa zawarły porozumienie w sprawie zakończenia sporu wokół budowy gazociągu Nord Stream 2. Oznacza to, że Ukraińcy mają aż nadto powodów, żeby bać się o własną przyszłość.

Reklama

Memorandum Budapesztańskie

Dziś już nikt nie pamięta (albo raczej nie chce pamiętać), że przez moment Ukraina była mocarstwem atomowym, dzięki czemu inne mocarstwa udzieliły jej gwarancji pełnego bezpieczeństwa. Działo się to zaraz po rozpadzie ZSRR. Wówczas to niepodległe państwo ukraińskie skonstatowało, że w jego rękach znalazło się 176 strategicznych i ponad 2,5 tys. taktycznych rakiet z głowicami atomowymi. Więcej w tamtym czasie posiadały jedynie Stany Zjednoczone oraz Rosja. Oba te kraje, wspólnie z RFN, Francją i Wielką Brytanią natychmiast zaczęły naciskać na Kijów, żeby całość arsenału przekazano Rosji. Czyniono to dyskretnie, bo nie istniał żaden powód, by niepodległa Ukraina oddawała to, co w pełni legalnie odziedziczyła po ZSRR.

Presja mocarstw przyniosła efekty i w grudniu 1994 r., podczas budapesztańskiego szczytu Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), prezydent Leonid Krawczuk ogłosił wyrzeczenie się przez Ukrainę ambicji pozostawania mocarstwem atomowym. Za oddanie rakiet i głowic jądrowych Rosji brawo bił mu cały Zachód. Waszyngton obiecał wówczas wsparcie gospodarcze, a Moskwa dostawy tanich paliw oraz energii elektrycznej. Do tzw. Memorandum Budapeszteńskiego, w zamian za oddanie broni atomowej, wpisano gwarancje bezpieczeństwa. Kreml oraz zachodnie mocarstwa obiecały na piśmie m.in. ochronę niepodległości Ukrainy oraz „nienaruszalność istniejących granic”.

Krym i wojna w Donbasie

Minęło 20 lat i Ukraińcom zamarzyło się wyjście ze strefy wpływów Rosji, ponieważ pragnęli tak jak Polska i inne kraje Europy Środkowej, dołączyć do zamożnego Zachodu. Obalenie prezydenta Wiktora Janukowycza oraz chęć nowych władz, by przyłączyć się do NATO oraz Unii Europejskiej, stawiało pod znakiem zapytania imperialne plany Władimira Putina. Nie mogąc jednym pociągnięciem podporządkować sobie całej Ukrainy prezydent Rosji anektował Krym i wzniecił wojnę w Donbasie. Zachód odpowiedział na to umiarkowanie uciążliwymi sankcjami.

Reklama

Dwie dekady po podpisaniu Memorandum Budapeszteńskiego Rosja wyszarpała Ukrainie sporą część terytorium i ucięła dostawy tanich paliw, zaś pozostali sygnatariusze dokumentu nie wypełnili danych Kijowowi gwarancji. Tym sposobem Ukraińcy przekonali się na własnej skórze, że zachodzi pewna różnica między tym - czy posiada się kartkę papieru podpisaną przez przedstawicieli mocarstw, czy własne głowice atomowe. Słabemu gospodarczo, praktycznie rozbrojonemu krajowi (za prezydentury Janukowycza wydatki na armię zostały zredukowana do symbolicznych kwot) pozostał jeden atut. Była nim sieć gazociągów, którymi tłoczono gaz z Rosji do Europy Zachodniej (głównym jego odbiorcą były i są Niemcy). Wojna na pełną skalę w 2014 r. groziła tym, że sieć przesyłowa zostanie uszkodzona lub w akcie desperacji Ukraińcy sami ją zablokują.

W tamtym czasie po dnie Bałtyku gazociągiem Nord Stream 1 tłoczono rocznie ok 55 mld m3 gazu. Maksymalna moc przesyłowa gazociągu Jamał-Europa, biegnącego przez Białoruś i Polskę, to 33 mld m3. Gazociągami przez Ukrainę płynęło na Zachód ok. 65 mld m3 gazu.

Łatwo zauważyć, że marsz rosyjskiej armii na Kijów mógł kosztować Moskwę nagłą utratę nawet 50 proc. dochodów z eksportu błękitnego paliwa plus jeszcze ostrzejsze sankcje Zachodu. A co najgorsze, zachodni odbiorcy na czele z Niemcami zostaliby zdopingowani do szukania innych dostawców. Szybka rozbudowa gazoportów otworzyłaby UE na dostawy skroplonego gazu z USA i Bliskiego Wschodu. W grę też wchodziłyby nowe rurociągi ze złóż norweskich i brytyjskich. Takie ryzyko już się nie kalkulowało. Kreml zaniechał więc nawet walki o wykrojenie sobie z Ukrainy kolejnego obszaru, łączącego bezpośrednio Krym z Rosją. Choć jest to wręcz koniecznością, bo obecnie półwysep został odcięty od kluczowych źródłem wody, a jedyne co spaja go z resztą państwa rosyjskiego, to Most Krymski nad Cieśniną Kerczeńską.

Energiewende - ukochane dziecko Merkel

Sieć gazociągów biegnących przez Ukrainę w dużej mierze ocaliła bezbronny w 2014 r. kraj przed pójściem przez Władimira Putina o kilka kroków dalej. Jednocześnie zmotywowała do bardzo zdecydowanych działań Angelę Merkel. Nagłe zmniejszenie dostaw rosyjskiego gazu stawiało bowiem pod znakiem zapytania jej ukochane dziecko - Energiewende. Przez cały okres swoich rządów kanclerz Niemiec konsekwentnie wcielała w życie wielką transformację energetyczną kraju. RFN promuje odnawialne źródła energii przy jednoczesnym, etapowym wygaszaniu elektrowni najpierw: zasilanych węglem kamiennym, następnie atomowych, na końcu zaś opalanych węglem brunatnym. Jednak ubytek mocy w sieci muszą sukcesywnie uzupełniać nowe elektrownie gazowe. Zaś paliwo z Rosji jest dla Niemiec najtańsze i najłatwiejsze do dostarczenia. Poza tym trwa „eksport” Energiewende do pozostałych krajów Unii. To oznacza, że wraz z nim RFN będzie redystrybuować i odsprzedawać innym zakupiony od Rosji gaz. W tej układance stając się w przyszłości państwem kluczowym, zarówno dla zachodniej jak i wschodniej części Starego Kontynentu. Kreml nie będzie mógł bowiem odciąć dostaw błękitnego paliwa z racji ryzyka ogromnych strat finansowych. Inni zrezygnować z gazu, bo wtedy zaryzykują stabilności własnych systemów energetycznych.

Na drodze do dopięcia obustronnie korzystnej kooperacji energetycznej Berlina i Moskwy piętrzyły się do niedawna przeszkody, z których sprzeciw Polski oraz Ukrainy należał do najmniejszych. Pełne bezpieczeństwo Energiewende wymagało powstania gazociągu Nord Stream 2. Bez niego Berlin musiał z wielkim zaangażowaniem dbać o stabilność Ukrainy i wspierać jej rząd, wchodząc tak - chcąc nie chcąc - w konflikt z Rosją. Zręcznie wykorzystywał to Donald Trump, blokując samo zakończenie budowy NS2, by tym sposobem zmusić Niemcy do uległości w wielu kwestiach gospodarczych. Problem Berlina rozwiązali wyborcy w USA, bo nowa administracja zmieniła strategię Waszyngtonu.

Jest ona ze wszech miar racjonalna. Skoro Chiny są tak potężnym i co gorsza wciąż rosnącym w siłę przeciwnikiem, należy maksymalnie skracać front. To oznacza zaniechanie rozpraszania sił po całym świecie, wygaszanie konfliktów z potencjalnymi sojusznikami, rzucenie gro posiadanego potencjału na głównym kierunku działania w rejon Azji Wschodniej.

Nord Stream 2 i korzyści trzech mocarstw

W tej układance dokończenie NS2 daje korzyści jednocześnie trzem mocarstwom. Prezydent Biden, zdejmując blokadę z budowy NS2 zyskuje odnowienie serdecznej przyjaźni z RFN. Kanclerz Merkel może zacząć wygaszać realne pola konfliktu z Rosją i przestać obawiać się o ciągłość dostaw gazu. Prezydent Putin wreszcie otrzymuje szersze pole manewru co do Ukrainy. Natomiast Kijów w porozumieniu zawartym właśnie przez Waszyngton i Berlin dostał zapewnienie, iż: „jeśli Rosja spróbuje użyć energii jako broni lub dokona dalszych aktów agresji przeciwko Ukrainie, Niemcy podejmą działania na poziomie krajowym i będą naciskać na podjęcie skutecznych środków na poziomie europejskim, w tym sankcji, by ograniczyć rosyjskie możliwości importu w sektorze energii”. Cóż 25 lat temu Memorandum Budapeszteńskie mówiło o zabezpieczeniu niepodległości oraz nienaruszalności granic. Widać zatem pewną minimalizację zakresu gwarancji bezpieczeństwa.

Co gorsza wypadkowa interesów trzech wielkich graczy sprawia, że należy zakładać, iż za jakiś czas obecny zakres gwarancji dla Ukrainy zostanie przez nich jeszcze bardziej zredukowany. Ponadczasowa zasadą bowiem głosi, że jeśli ktoś chce zyskać, to ktoś innym musi za to zapłacić. W tym wypadku do roli głównego płatnika idealnie pasuje jeden kraj.