DGP: Czy przedsiębiorcy mają rację, buntując się przeciw obostrzeniom? Skąd ta narastająca frustracja?
Reklama
Adam Abramowicz: Mijają trzy miesiące od zamknięcia niektórych branż. Na początku tej frustracji nie było, wszyscy wierzyli w plan, który w listopadzie przedstawił premier Mateusz Morawiecki. Przypominam, że nakreślał on jasno, jakie obostrzenia mają działać w konkretnej sytuacji epidemicznej, ustalono progi jako dzienną liczbę zachorowań. Trzymając się tego planu, przedsiębiorcy liczyli na to, że gdy liczba zakażeń zacznie spadać, to ich działalność będzie wznawiana w reżimie sanitarnym. Już początek lockdownu był trudny, przychody niektórych firm znów spadły niemal do zera – ale wszyscy zacisnęli zęby, bo była jakaś perspektywa, sądzono, że po 28 grudnia znów będziemy się otwierać.
Ale się nie otworzyliśmy.
Tak, wydłużono lockdown na cały okres ferii, co było szczególnie mocnym ciosem w branżę turystyczną. Ferie to dla nich okres, w którym zarabiają na cały rok. Ale wtedy przedsiębiorcy jeszcze czekali. Tylko że ferie się skończyły, liczba zakażeń spadła, a obostrzenia jak obowiązywały, tak nadal obowiązują. I teraz, gdy kolejna data potencjalnego otwarcia to 1 lutego, coraz mniej osób bierze ją na poważnie. Najgorsze jest to, że nikt nie wie, jak długo to potrwa, straciliśmy perspektywę. Stąd coraz większe zniechęcenie, tym bardziej że według rządowego planu z listopada w części kraju nie ma podstaw, by lockdown trwał nadal. Wiele powiatów, szczególnie na południu Polski, byłoby w strefie zielonej lub żółtej.
Jednak czy to nie dziwne, że przedsiębiorcy mówią o buncie w sytuacji, gdy rząd udziela im wsparcia z tarczy branżowej i finansowej? Sama tarcza finansowa to 13 mld zł.
Te tarcze są dziurawe, wiele firm tego wsparcia nie dostanie. I to jest kolejny powód coraz większego niezadowolenia. Poza tym coraz trudniej jest wytłumaczyć przedsiębiorcom, dlaczego to akurat ich biznes zamknięto, a inne branże mogą działać, czemu lockdown nie objął całej gospodarki. Z ich punktu widzenia dobór zamrożonych branż jest zupełnie niezrozumiały. Często podawany przykład to siłownie czy baseny – rząd je zamknął, co kłóci się z oficjalnymi komunikatami Narodowego Funduszu Zdrowia, że aktywność fizyczna zwiększa odporność. Fitness, który wydał ogromne pieniądze na dodatkowe zabezpieczenia, by spełnić wymogi Generalnego Inspektoratu Sanitarnego, ustalone już w czerwcu, teraz został odcięty od przychodów, a pracują duże zakłady przemysłowe, gdzie zatrudnione są setki pracowników. I ci pracownicy spotykają się w szatniach, korzystają z pryszniców – i tam wirus nie jest zagrożeniem, a w siłowniach jest. Przedsiębiorcy dostrzegają tę niesprawiedliwość i nierówne traktowanie. Przykładów jest więcej, np. duże niekonsekwencje są w podejściu do działalności handlowej.