W ten rok polskie firmy weszły z dobrą "moralnością płatniczą”. Odsetek przedsiębiorców regulujących zobowiązania wobec kontrahentów na czas, na koniec 2019 r., wynosił 78,7 proc. Nasz kraj był pod tym względem w gronie liderów w Europie. Lepiej wypadła tylko Dania, gdzie na czas płaciło 86,9 proc. firm. Tak wynika z raportu Bisnode, globalnej wywiadowni gospodarczej, do którego dotarł DGP.

Reklama

Determinacja firm

Wybuch pandemii zepsuł ten obraz – ale nie aż tak bardzo, jak się można było obawiać. W I kwartale odsetek firm płacących w terminie zmalał o 3 pkt proc. w porównaniu z końcem 2019 r. Udział zaległości powyżej 120 dni w całym portfelu należności wzrósł z 2 proc. do 3,8 proc.

Dane pokazują, że kryzys COVID-19 uderzył najbardziej w firmy mikro. Odsetek płacących na czas w spadł z 78,8 proc. w 2019 r. do 73,8 proc. na koniec I kwartału br. Udział zobowiązań przeterminowanych powyżej 90 dni urósł z 2,8 proc. na koniec 2019 r. do 6 proc. na koniec marca tego roku – wyjaśnia Tomasz Starzyk z Bisnode Polska.

Rzuca się w oczy to, że znacząco wzrosła liczba firm, które nie płacą swoich faktur powyżej 90 dni.

Drugi kwartał teoretycznie powinien być jeszcze gorszy, skoro na ponad połowę tego okresu przypadł lockdown (zamrożenie aktywności). I był, ale nie u wszystkich i nie w takiej skali, w jakiej mógłby być. Największe problemy mają ci, których lockdown dotknął bezpośrednio.

Paweł Szczepankowski, dyrektor zarządzający firmy Atradius w Polsce, mówi, że obecnie największe opóźnienia w płatnościach i wzrost należności przeterminowanych widać w branży transportowej oraz HoReCa (hotele – restauracje – catering). Firmy, które miały problem z płynnością finansową przed wybuchem pandemii, najmocniej odczuły skutki zamrożenia gospodarek. W pozostałych sektorach polskiej gospodarki widoczne jest nieznaczne wydłużenie terminów płatniczych, jednak towarzyszy temu determinacja firm, by skutecznie ściągać należności i nie odwlekać procesu windykacji – analizuje Szczepankowski.

Podobne spostrzeżenia ma Tomasz Starus, członek zarządu do spraw oceny ryzyka w Euler Hermes. Zwraca uwagę, że kłopoty w HoReCa mają wpływ na sytuację w branżach pokrewnych, np. u producentów i dystrybutorów żywności. Ten sektor już wcześniej doświadczał wydłużania terminów płatności. Wybuch pandemii przyśpieszył ten proces. Widać to szczególnie w szybkim wzroście tzw. trudnych długów, czyli faktur przeterminowanych o ponad 120 dni.

Co po tarczach

Wartość tak znacznie przeterminowanych należności wzrosła trzykrotnie względem średniej wieloletniej – do 4,5 proc. ogółu należności. Kwotowo to bardzo dużo, biorąc pod uwagę skalę obrotów i krótkie okresy rozliczeń za żywność – mówi Tomasz Starus. Ale i on dodaje, że patrząc na cały sektor przedsiębiorstw, nie widać nagłego załamania płatności.

Według niego jeden z powodów to tarcze antykryzysowe, które podtrzymały płynność w firmach. Ale nie tylko. W wielu branżach spadły obroty i mniej jest transakcji, mniejsza jest więc chwilowa ekspozycja na ryzyko, a w tych, które działały – czyli np. dóbr konsumpcyjnych – popyt się utrzymywał, choć zmieniał się jego charakter – mówi członek zarządu Euler Hermes.

Swoje zrobiły też działania ubezpieczycieli i banków, udzielających wakacji kredytowych, restrukturyzujących zobowiązania czy pozwalających klientom na większą elastyczność w zgłaszaniu przeterminowanych płatności – dodaje Grzegorz Kwieciński, dyrektor departamentu ryzyka ubezpieczeniowego w KUKE.

Paweł Szczepankowski z Atradiusa zwraca jednak uwagę, że funkcjonowanie tarcz niebawem się skończy. Jego zdaniem pierwsze miesiące po zamrożeniu życia społecznego i gospodarczego nie są miarodajnym obrazem sytuacji, w jakiej mogą się znaleźć firmy, gdy zabraknie kroplówki w postaci publicznych pieniędzy.

Pod kątem wzrostu niewypłacalności i zatorów płatniczych kluczowe będą najbliższe miesiące, a zwłaszcza IV kwartał 2020 r. Najważniejszym dla przetrwania kryzysu przez firmy będzie samodzielne utrzymanie płynności finansowej. Bez tego będziemy świadkami ogromnego wzrostu liczby niewypłacalności – mówi Szczepankowski.

Reklama

Przy obrotach mniejszych o 30 do 50 proc., a pozostających na wcześniejszym poziomie kosztach stałych, brak własnego kapitału obrotowego na przetrwanie tego okresu oznacza szybką niewypłacalność – dodaje Tomasz Starus z Euler Hermes.

Grzegorz Kwieciński z KUKE podkreśla, że wiele będzie jednak zależało od stanu bieżącej koniunktury. Jeżeli konsumpcja odbije się wyraźnie z kwietniowego i majowego dołka, a sektor finansowy podtrzyma płynność w firmach, to skala niewypłacalności i zatorów płatniczych nie musi być tak dramatyczna, jak wcześniej oczekiwano. Chociaż w porównaniu z poprzednim rokiem z pewnością będzie znaczący wzrost.