Węgla jest coraz mniej, coraz trudniej dostać się do jego pokładów. Spółki węglowe, chcąc nie chcąc, muszą ograniczać wydobycie. A to odbije się na ich finansach. Jak wynika z szacunków eksporterów, przytaczanych przez "Puls Biznesu", w tym roku za granicę trafi o jedną trzecią węgla mniej niż w 2006 roku. I to nie dlatego, że odbiorcy znaleźli sobie innych dostawców - przeciwnie czekają w kolejne na polski, dobry opał. Ale nasze kopalnie nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania.

Nietrudno się domyślić, że to oznacza podwyżkę cen węgla. Bo kiedy towar staje się coraz bardziej deficytowy, można windować za niego stawki. A klienci i tak będą musieli go kupić.

W pierwszej kolejności odczują to we własnych portfelach mali odbiorcy, czyli wszyscy, którzy kupują węgiel do ogrzewania domów. Oni mają go po najwyższych cenach. Elektrownie czy zakłady produkcyjne, które biorą opał w gigantycznych ilościach, wprost z kopalni, na razie nie przepłacą za niego. Bo jeśli kopalnie ceny wywindują za bardzo, wielki kontrahent może pokusić się o sprowadzenie towaru z zagranicy.

Gorzej, jeśli opału będzie tak mało, że i elektronie zaczną kupować go o wiele drożej. Bo wtedy w górę pójdą ceny wszystkiego: od prądu, przez benzynę po jedzenie, odzież.