Lutowa nowelizacja ustawy zakładała, że problem zostanie rozwiązany w ciągu 30 dni od momentu opublikowania rozporządzenia ministra energii w sprawie sposobu obliczenia kwoty różnicy ceny oraz sposobu wyznaczania cen odniesienia. Termin jego konsultacji minął 18 marca. I nic. – Mamy prawo oczekiwać, że sprawa zostanie załatwiona tak, że nie zostaniemy narażeni na dodatkowe koszty. Gdy obowiązywał termin 1 kwietnia, mieliśmy jakiś deadline. Dziś tego nie ma – mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich (ZMP).

„Podczas konsultacji projektu rozporządzenia wpłynęła duża liczba uwag merytorycznych, co wymaga kontynuowania prac nad dokumentem. Jednocześnie informujemy, że nowelizacja ustawy uchwalonej 21 lutego 2019 r. włącza do mechanizmu stabilizacji cen energii również umowy zawarte przed 30 czerwca 2018 r., traktując tę datę jako datę odniesienia do wyznaczenia poziomu cen podlegających stabilizacji” – czytamy w odpowiedzi resortu na pytania DGP.

W ubiegłym tygodniu ustalono, że robocze rozmowy na linii rząd-samorządy-spółki energetyczne odbędą się około 10–11 kwietnia. Omówione mają być sytuacje poszczególnych miast i gmin oraz szczegóły związane z nowymi cennikami za energię.

Ustawa nie przewidziała wszystkiego

Samorządowcy martwią się nie tylko o to, kiedy realnie uda się przywrócić niższe ceny, ale także czy – przy założeniach, jakie przyjął rząd – sytuację uda się naprostować w każdym przypadku. Już kilka dni temu przestrzegli rząd, że szykowane rozporządzenie nie zawsze gwarantuje zejście do poziomu cen z połowy ub.r. – Projekt nie obejmuje wszystkich możliwych wariantów wynikających z umów stosowanych przez przedsiębiorstwa wobec samorządów. W niektórych przypadkach jest tak, że pewne rozwiązania nie są uwzględnione, wskutek czego korekty właściwie tam nie ma – przekonuje Marek Wójcik.

Założeniem ustawy jest, aby w 2019 r. klienci nie mieli cen i stawek opłat wyższych niż te stosowane w rozliczeniach na 30 czerwca 2018 r. Ustawa i projekt rozporządzenia określają sposób wyznaczenia ceny stosowanej w rozliczeniach na 30 czerwca 2018 r. i Enea będzie postępować zgodnie z tymi zapisami – uspokaja Piotr Ludwiczak z poznańskiego koncernu.

Aby uzyskać jak najkorzystniejsze ceny za energię elektryczną, od wielu lat organizujemy przetargi na zakup grupowy. Dzięki temu płacimy zdecydowanie mniejsze stawki niż te określone w cennikach. I dlatego zapowiedzi o tym, że cena nie będzie wyższa niż ta zawarta w cennikach w 2018 r., nie są dla nas satysfakcjonujące. Bo w przetargach otrzymaliśmy korzystniejsze kwoty. Gdyby rozporządzenie wykonawcze do projektu ustawy określiło, że będą to ceny nie wyższe niż te, które dany odbiorca uiszczał w 2018 r., wówczas byłoby to rozwiązanie, na którym faktycznie byśmy zyskali – wyjaśnia Marta Bartoszewicz z Urzędu Miasta w Olsztynie.

Energetycy z kolei wskazują, że np. od nowych klientów muszą się dowiedzieć, jakie ci mieli stawki u poprzedniego sprzedawcy w połowie ubiegłego roku.

Data z kapelusza

Drugi problem dotyczy podstawowego założenia przyjętego przez rząd. Samorządy będą naciskać na zmianę ustawowej daty 30 czerwca 2018 r., która stanowi punkt odniesienia dla korekty cen prądu.

Naszym zdaniem to zupełnie uznaniowa data. W trakcie grudniowej debaty sejmowej pytaliśmy, skąd się wzięła. Nie uzyskaliśmy żadnej konkretnej odpowiedzi. A prawda jest taka, że panika cenowa na giełdzie zaczęła się już w II kwartale ubiegłego roku. I już w kwietniu pojawiły się naciski ze strony spółek, które chciały podpisywać nowe umowy – tłumaczy Marek Wójcik z ZMP. – Uważamy, że data 30 czerwca 2018 r. jest wzięta z kapelusza, nie znajduje racjonalnego uzasadnienia i niesłusznie różnicuje sytuację samorządów.

Jeśli jakiś samorząd podpisał umowę przed tą datą, ale już z wyższymi cenami, to dla niego zmiana będzie ledwie odczuwalna lub żadna. Bardziej zyskać mogą te jednostki, które podpisywały umowy w ostatnich miesiącach. – Jeśli ta data się utrzyma, samorządy powinny od razu zaskarżyć sprawę do TK. Moim zdaniem powinna być data 1 stycznia 2018 r., gdy ceny za energię były dla wszystkich samorządów jeszcze na poziomie sprzed drastycznych wzrostów – dodaje Wójcik.

Liczą, że nie zapłacą więcej

Zapytaliśmy największe miasta o dotychczasowy bilans prądowego zamieszania. W Bydgoszczy wyliczono, że za energię elektryczną miasto zapłaciło już o ponad 7,2 mln zł więcej niż w przetargu 2017/2018. Olsztyn musi zapłacić więcej o niemal 6 mln zł netto. Z kolei Kraków podliczył, że musi dopłacić ok. 27 mln zł (z czego 11,6 mln zł Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne).

Niektóre mogą uchronić się przed podwyżkami. Warszawska Grupa Zakupowa (WGZ) zawiera umowy na okres pełnego roku. Dzięki temu w 2018 r. stołecznych jednostek miejskich podwyżki nie dotknęły. – Od 1 stycznia 2019 r., w związku z rozstrzygniętym przetargiem na dostawę energii elektrycznej na rok 2019, miasto kupuje energię po cenie o ok. 54 proc. wyższej niż w ubiegłym roku, jednak w myśl szykowanych zmian w przepisach podwyżka będzie cofnięta, a faktury skorygowane ze skutkiem wstecznym, czyli od początku roku. Mamy nadzieję, że mechanizmy finansowe wprowadzane przez ministerstwo pozwolą na wdrożenie rozwiązań, które będą korzystne dla samorządów – mówi Dominika Wiśniewska ze stołecznego ratusza.

Podobna sytuacja jest w Lublinie. Obecna umowa na zakup energii elektrycznej obowiązuje do połowy roku. – W związku z tym nie prowadziliśmy ostatnio żadnych postępowań przetargowych dotyczących tej branży – mówi Olga Mazurek-Podleśna z biura prasowego w kancelarii prezydenta miasta. W efekcie ceny energii w Lublinie pozostały bez zmian.