Żeby deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2018 r. spadł do 0,4 proc. PKB (co według naszych informacji jest w założeniach resortu finansów), konieczne jest utrzymanie w ryzach przede wszystkim budżetu państwa. Tegoroczną różnicę między dochodami i wydatkami zapisano na poziomie -41,5 mld zł, ale ministerstwo szacuje, że kwota ta będzie nawet o połowę mniejsza.
Istotne jest również, aby zbyt dużego deficytu nie wykazały samorządy. Resort finansów szacuje, że ich wynik, według unijnej metodologii obliczania, będzie zrównoważony. A to powinno się przełożyć na rekordowo niski deficyt. Pod warunkiem że rozważana na listopad nowelizacja budżetu państwa nie zwiększy wydatków, a skoncentruje się jedynie na ich przesunięciach.
– mówi nasz informator z MF.
Czym jest deficyt strukturalny? To wynik finansów publicznych oczyszczony z wpływu bieżącej koniunktury w gospodarce. Wiadomo, że przy dużym wzroście konsumpcji dochody z niektórych podatków, zwłaszcza z VAT, mogą się zwiększać. Ale gdy karta się odwróci i konsumpcja zacznie maleć, wpływy z podatku od towarów i usług również będą mniejsze. To jest właśnie przykład wpływu koniunktury na finanse publiczne, których wyliczenia deficytu strukturalnego nie uwzględniają. Dla niego ważne są pozycje stałe, jak np. wydatki na program „Rodzina 500 plus” czy efekty poprawy ściągalności podatków.
Eksperci Komisji Europejskiej uznają, że Polska powinna utrzymywać deficyt strukturalny na poziomie ok. 1 proc. PKB. Wtedy załamanie koniunktury nie powinno grozić destabilizacją finansów publicznych. To tzw. średniookresowy cel budżetowy (MTO).
Minister finansów Teresa Czerwińska wskazywała ostatnio, że do średniookresowego celu budżetowego zbliżymy się już w tym roku. Jeszcze w kwietniu, gdy wysyłaliśmy do Brukseli nasz plan zarządzania finansami publicznymi, zakładano, że cel ten zostanie osiągnięty dopiero po 2021 r. To bardzo istotna informacja. I to z dwóch powodów.
Pierwszy jest proceduralny. Polska była zobowiązana do zmniejszania deficytu strukturalnego w tempie ok. 0,5 pkt proc. rocznie. Gdyby tego nie udało się osiągnąć, to być może jeszcze przed przyszłorocznymi wyborami zostałaby wszczęta procedura nadmiernego odchylenia (SDP). Jej bezpośredni skutek nie byłby może zbyt dotkliwy finansowo, ale dla starającego się o drugą kadencję PiS byłoby to kolejnym politycznym problemem w relacjach z Brukselą. Z punktu widzenia gospodarczego zaś – przy spowolnieniu wzrostu PKB – zmusiłoby rząd do płacenia większych odsetek do pożyczanych na rynku pieniędzy. Negatywnie na ten fakt mogłyby również zareagować agencje ratingowe, bo miałoby to nie najlepszy wydźwięk wizerunkowy.
Drugi powód, dla którego zapowiedzi obniżenia deficytu strukturalnego są istotne, to właśnie wizja większej swobody w polityce budżetowej w czasach hamowania koniunktury. Rząd nie będzie musiał uciekać się do niestandardowych działań (w rodzaju cięć w wydatkach), by utrzymać deficyt sektora finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB. To właśnie jest tzw. automatyczny stabilizator – gdy wzrost spowolni, deficyt sektora wzrośnie, ale nie powinien znaleźć się powyżej dopuszczalnego 3-proc. poziomu, bo deficyt strukturalny jest odpowiednio niski. Innymi słowy, Polsce nie zagrozi procedura nadmiernego deficytu wdrażana w takich przypadkach przez Komisję Europejską (której konsekwencją może być wstrzymanie funduszy unijnych).
Inna sprawa to możliwości zastosowania stymulacji fiskalnej, by podtrzymywać dobrą koniunkturę w gospodarce. Mogą to być ekstra wydatki społeczne, np. na dodatki do emerytur. To zwiększałoby konsumpcję. Ale każdy nowy, stały wydatek bez zapewnienia nowych, odpornych na zmiany koniunktury dochodów powiększałby deficyt strukturalny. komentuje Jakub Rybacki, ekonomista Banku ING.
Grzegorz Maliszewski z Banku Millennium dodaje, że w tym i w przyszłym roku pieniądze na dodatkowe wyborcze prezenty jeszcze by się znalazły. Wystarczy, by Ministerstwo Finansów i rząd trzymały się wcześniej zgłaszanej Komisji Europejskiej ścieżki, w której średniookresowy cel budżetowy zostanie osiągnięty dopiero za dwa lata. Co oznaczałoby możliwości choćby większych podwyżek płac w budżetówce czy emerytur. mówi Grzegorz Maliszewski.
Z teorią, że spowolnienie gospodarcze czai się za rogiem, zgadza się większość ekonomistów. Ma to być efektem przede wszystkim pogorszenia koniunktury za granicą. Według prognoz zebranych przez agencję Bloomberg wzrost PKB strefy euro spowolni z 2,4 proc. w 2017 r. do 1,6 proc. PKB w 2020 r. W Niemczech, kraju, który odbiera niemal jedną czwartą polskiego eksportu, wzrost wyhamuje z 2,2 proc. do 1,5 proc. PKB.
mówi Grzegorz Maliszewski.
Rząd trzyma kciuki za Trybunał Konstytucyjny
Dziś
ma zapaść orzeczenie w sprawie wniosku prezydenta Andrzeja Dudy o
zbadanie zgodności z konstytucją nowelizacji ustawy dotyczącej
zniesienia górnego limitu składek na ZUS. Jak wynika z naszych
informacji, rząd liczy, że Trybunał Konstytucyjny ją uchyli. Stała się
ona kłopotliwa, choć potencjalnie niesie duże zyski dla budżetu. Prawo,
które bada trybunał, zakłada, że od stycznia zniesiony byłby limit
składek na ubezpieczenia społeczne wynoszący 30 przeciętnych pensji.
Dziś po jego przekroczeniu ubezpieczeni przestają płacić składki
emerytalne i rentowe. Im zostaje więcej w kieszeni, ale jeśli limit
zostałby zniesiony, to więcej pieniędzy popłynęłoby do ZUS – w przyszłym
roku ok. 7 mld zł. Z kolei nieco mniej wpłynęłoby podatków, gdyż dziś
od osób, które przekroczyły limit, spływa więcej z tytułu PIT i składki
na NFZ. Zsumowana korzyść dla całego sektora finansów publicznych
wyniosłaby 5–6 mld zł. Ale to zyski teraźniejsze, bo zniesienie limitu
oznacza jednocześnie, że w przyszłości emerytury tych ubezpieczonych
będą znacznie wyższe niż obecnie, czyli pogorszyłoby to bilans ZUS. Z
tego punktu widzenia prostszą metodą na korzyści budżetowe jest
wprowadzenie kolejnego progu w PIT.
Następną
kłopotliwą kwestią jest to, że limit dotyczy głównie osób pracujących
na etacie, a gros najlepiej zarabiających to podatnicy prowadzący
działalność gospodarczą i płacący liniową stawkę PIT. Więc nowe prawo
dociążyłoby grupę, która już dziś płaci relatywnie najwięcej. Rząd
poczynił zresztą już pewne kroki, które obciążają najbogatszych bez
względu na rodzaj rozliczeń, wprowadzając daninę solidarnościową.
Zniesienie
limitu podwyższa koszty pracy, bo wyższe składki zapłaci także
pracodawca. Równolegle rząd będzie wprowadzał pracownicze plany
kapitałowe, których efektem także jest podwyższenie kosztów pracy, czyli
pracodawcy byliby obciążeni na dwa sposoby. To już budziło opór i
podczas prac nad PPK ze strony rządu płynęły sygnały, że nie upiera się
przy zniesieniu trzydziestokrotności. Ostatni zarzut dotyczy trybu
wprowadzenia rozwiązania z niedotrzymaniem terminów konsultacji, co
oburzyło partnerów społecznych i było podstawą do zaskarżenia ustawy
przez prezydenta.
Zniesienie
limitu podwyższa koszty pracy, bo wyższe składki zapłaci także
pracodawca. Równolegle rząd będzie wprowadzał pracownicze plany
kapitałowe, których efektem także jest podwyższenie kosztów pracy, czyli
pracodawcy byliby obciążeni na dwa sposoby. To już budziło opór i
podczas prac nad PPK ze strony rządu płynęły sygnały, że nie upiera się
przy zniesieniu trzydziestokrotności. Ostatni zarzut dotyczy trybu
wprowadzenia rozwiązania z niedotrzymaniem terminów konsultacji, co
oburzyło partnerów społecznych i było podstawą do zaskarżenia ustawy
przez prezydenta.