Rosyjskie władze namawiają polskich eksporterów owoców i warzyw do kupowania certyfikatów wstępnej kontroli warzyw i owoców.
Reklama
Według memorandum podpisanego między Moskwą i Brukselą trzy lata temu eksporterzy powinni uzyskać certyfikat potwierdzający, że pozostałości środków ochrony roślin w płodach rolnych nie przekraczają rosyjskich norm. Obecnie takie świadectwa wystawiają trzy polskie laboratoria: w Sośnicowicach, Rzeszowie i Trzebnicy. Tymczasem Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rossielhoznadzor) w oficjalnym serwisie chwali współpracę z prywatnym stowarzyszeniem eksporterów, które oferuje przedsiębiorcom certyfikaty wstępnej kontroli warzyw i owoców.
Choć Rossielhoznadzor nie wymienia nazwy, to w Polsce działa tylko jedna taka organizacja – Polskie Stowarzyszenie Producentów i Eksporterów Owoców i Warzyw.
Dokumenty wystawione przez organizację potwierdzają, że pozostałości pestycydów w płodach rolnych nie przekraczają rosyjskich norm, a w rosyjskich urzędach zastępują certyfikaty bezpieczeństwa wystawiane przez oficjalnie akredytowane polskie laboratoria.
– Ten dokument otwiera w Rosji wszystkie drzwi. Nabywając go, kupuje się wolność i spokój, bo na granicy nikt nie robi problemów – mówi jeden z polskich eksporterów, który w Rosji sprzedaje jabłka.
Radości nie kryje prezes stowarzyszenia Dariusz Muszyński. – Nie zdarzyło się, by Rosjanie mieli zastrzeżenia do certyfikowanych przez nas transportów – przyznaje.
Organizacja co miesiąc wystawia 100 – 150 certyfikatów. To oznacza świetny interes, bo za każdy dokument przypisany do jednego TIR-a owoców lub warzyw eksporter płaci 300 euro. Rocznie daje to nawet 540 tys. euro, czyli ponad 2,1 mln zł.
– Koszt takiego certyfikatu to prawie połowa naszej marży, bo na każdej ciężarówce wysłanej za wschodnią granicę zarabiamy między 600 a 800 euro – oburza się Monika Przybylska, dyrektor administracyjny firmy Prima 2000.



Eksporterzy zrzeszeni w Stowarzyszeniu Polskich Eksporterów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa” twierdzą, że są przymuszani do współpracy z konkurencyjną organizacją.
– Dostaliśmy listy od naszych rosyjskich partnerów, którzy importują polskie warzywa i owoce, że bez certyfikatów wstępnej kontroli auta będą dłużej stać na granicach – twierdzi jeden z przedsiębiorców.
Dariusz Muszyński odpiera wszystkie zarzuty. – Dwa lata przekonywałem Rosjan do porozumienia, przeszkoliłem u nich 10 inspektorów. A teraz robi się z tego wielką aferę – mówi.
Jego zdaniem Rosjanie nie mają do polskich eksporterów zaufania, bo zdarza się, że Polacy fałszują albo przedstawiają nieakutalne certyfikaty bezpieczeństwa. Problem inaczej widzą jednak urzędnicy Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN).
– Jeżeli są przepisy, które mówią, że trzeba się do pewnych reguł dostosować, to tak powinno być. Szukanie możliwości obejścia tych reguł przez zakup dokumentów uważam za naganne – mówi Dariusz Wiraszka, zastępca głównego inspektora ochrony roślin i nasiennictwa.
Co zarzucają Rosjanie
W tym roku Rosjanie przesłali do Polski 178 notyfikacji dotyczących przekroczenia norm pozostałości pestycydów w płodach rolnych wyeksportowanych z Polski. Nasi eksporterzy twierdzą jednak, że rosyjskie normy są znacznie zawyżone w stosunku do tych stosowanych w krajach Unii Europejskiej. Na przykład dla substancji aktywnej Chloropiryfos zawartej w środkach ochrony roślin rosyjska norma jeszcze niedawno wynosiła 0,05 miligrama w kilogramie badanego produktu. Unia Europejska dopuszcza natomiast obecność 0,5 miligrama tej substancji w kilogramie badanego produktu. Z kolei Kaptan, stosowany przez polskich sadowników w trakcie przechowywania jabłek jako środek przeciwgrzybiczny, w Rosji do niedawna był całkowicie zabroniony. Od kliku miesięcy Rosjanie jednak liberalizują swoje przepisy, wprowadzając normy obowiązujące w Unii Europejskiej oraz legalizują stosowane tam środki.