Maria od lat prowadzi ze wspólniczką siłownię dla pań na Śląsku oraz organizuje kursy pływania dla najmłodszych. To nie jest łatwy biznes, bo konkurencja olbrzymia, trzeba się nieźle nagłowić, żeby utrzymać klientów. Część pracowników jest na etatach, większość instruktorów była zatrudniona na umowy zlecenia. Była. "Drogie panie, z niezależnych od nas przyczyn, jesteśmy zmuszeni zawiesić zajęcia w naszym klubie" – ogłosiła 12 marca na Facebooku. Dalej było o tym, że karnety zachowają ważność na czas po epidemii. I życzenia zdrowia. Problem z kursem pływania sam się rozwiązał, bo miasto zamknęło pływalnię. Na razie do końca miesiąca, ale jest raczej pewne, że kłódka na drzwiach powisi jeszcze ładnych kilka, kilkanaście tygodni. Albo i dłużej.

Reklama

Co można zrobić w takiej sytuacji? – Nie wiem – przyznaje Maria. I dodaje, że wzorem Scarlett O’Hary postanowiła pomyśleć o tym jutro. Albo pojutrze. – Napiszcie o nas, tych wszystkich maluchach, którzy nie mają zapasów, aby przetrwać choćby miesiąc bez pomocy – prosi.

Maria obawia się, że cała pomoc państwa pójdzie w kierunku większych firm, które płacą większe podatki, zatrudniają więcej ludzi. Więcej znaczą w PKB. A tacy jak ona zostaną sami. Ona jeszcze jakoś przetrwa, mąż ma emeryturę, niewielką, ale zawsze. Nie wie za to, co się stanie z jej ludźmi, tymi instruktorami na śmieciówkach, którzy teraz nie znajdą żadnego zajęcia i nie będą mieć dochodów. No i w jaki cudowny sposób ma wyczarować pieniądze, aby zapłacić etatowcom. To mała firemka, przędzie od pierwszego do pierwszego, zero oszczędności. W dodatku zadłużona w banku, bo wzięły kredyt na nowe sprzęty w siłowni. A tu pensje, zaliczki na PIT, składki na ZUS. – Chętnie bym się przebranżowiła, ale nie jest to proste. Każda nowa działalność wymaga nakładów, a ja już jestem zadłużonym bankrutem – ocenia swoją sytuację Maria.

Pakiet pomocowy, który w środę ogłosił premier, nie bardzo ją przekonuje. Dopłata do wynagrodzeń pracowników to przydatna rzecz, ale odroczenie składek na ZUS ocenia jako działanie „przykrywkowe” – niby coś proponują, ale dla małych firm może się to okazać zupełnie nieprzydatne. – Super, że przez trzy miesiące nie będę musiała płacić, ale skąd wezmę pieniądze po tak długim czasie bezczynności i niezarabiania, żeby oddać? – pyta retorycznie.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ" >>>>>