Co udało się ostatecznie ustalić w rozporządzeniu na temat unijnego rynku energii elektrycznej i co Polska na tym zyska lub straci?

Jerzy Buzek: Dla Polski kluczowe były zapisy w sprawie rynków mocy i limitu emisji CO2 550g/kWh (EPS550). Wykluczają one ze wsparcia w ramach takich mechanizmów elektrownie węglowe. Dla naszego bezpieczeństwa energetycznego – kraju, gdzie ok. 80 proc. prądu wytwarzane jest w oparciu o węgiel, a od lutego, decyzją Komisji Europejskiej, mamy rynek mocy – byłoby to zabójcze. Dlatego od ponad dwóch lat, od początku prac nad tymi przepisami w Parlamencie Europejskim, starałem się temu zaradzić. I to, w dużej mierze, się udało. Zagwarantowaliśmy nienaruszalność zobowiązań podjętych przed wejściem w życie rozporządzenia. Dzięki temu elektrowni węglowych, która wcześniej już podpisały kontrakty w ramach rynku mocy, EPS550 nie będzie obowiązywał. Co więcej – nie będzie on dotyczył wszystkich tego typu umów zawieranych również w przyszłości, do 31 grudnia 2019 r. To ogromny uzysk dla Polski, który cieszy mnie także jako kogoś, kto z ramienia Parlamentu Europejskiego przewodniczył negocjacjom w tym temacie z państwami członkowskimi – Radą UE.

Mamy wrażenie, że nasz rząd nie do końca rozumie ten limit 550g/kWh. Minister Tchórzewski ciągle mówi, że jak sobie atomówkę zbudujemy, to średnia emisyjność nam spadnie poniżej 550g – ale przecież chodzi o jednostkę?

Zdecydowanie – o limit emisji CO2 dla indywidualnych elektrowni. Ponadto, i pragnę mocno to podkreślić, mówimy tu wyłącznie o tych instalacjach, które chcą być objęte rynkiem mocy. Poza tym mechanizmem nikt bowiem nie ogranicza, ani nie zakazuje, działalności elektrowniom węglowym. Choć oczywiście pozostaną pytania o koszty: związane ze zdrowiem naszych obywateli, rosnącym importem węgla – głównie z Rosji, czy drożejącymi wciąż uprawnieniami do emisji CO2. Stąd, jak rozumiem, rozmowy o elektrowni atomowej, deklaracje Ministra Tchórzewskiego o tym, że nowy blok węglowy w Ostrołęce ma być ostatnią taką inwestycją w Polsce czy w końcu – zapisy, przygotowanego przez Ministerstwo Energii i przedstawionego parę tygodni temu, projektu polityki energetycznej Polski PEP2040.

No właśnie - jak się ma nasz mix z PEP2040 do tego rozporządzenia?

To, rzecz jasna, dwa niezależne od siebie dokumenty, ale można powiedzieć, że rozporządzenie podąża logiką polskiego rządu. Jak wiemy, PEP2040 zakłada ponad dwukrotny spadek udziału węgla w produkcji energii elektrycznej w Polsce do roku 2040 – z obecnych 80 do 35 proc. Rozporządzenie przewiduje natomiast, że za kilka lat elektrownie węglowe emitujące powyżej 550g CO2/kWh nie będą mogły uczestniczyć w rynkach mocy. To wpisuje się w trend odchodzenia od węgla, nawet jeśli – o czym już wspominałem – kontrakty zawierane do końca przyszłego roku będą wyłączone spod działania EPS550.

Ale u nas to kontrakty nawet na 15 lat - czy one są bezpieczne? Bo spotkałam się też z interpretacją tego, że instalacja miałaby działać na koniec 2019 r., a to dyskwalifikuje m.in. Ostrołękę.

Jeśli chodzi o datę 31 grudnia 2019 r., to wszystkie kontrakty podpisane do tego dnia – w ramach wcześniej zatwierdzonych już przez Komisję Europejską rynków mocy, a więc i polskiego – będą bezwzględnie chronione. I nie ma znaczenia czy są one roczne, 5-, 10- czy 15-letnie. Natomiast od 2020 r. elektrownie niespełniające limitu EPS550, które nie prowadziły produkcji komercyjnej przed wejściem w życie nowego rozporządzenia, nie będą już mogły brać udziału w rynkach mocy.

Co dalej z dyrektywą gazową? Jest jakaś szansa na ruszenie tematu jeszcze w austriackiej prezydencji? Bo ta się zaraz kończy, a temat w zamrażarce…

Jako sprawozdawca tej dyrektywy, czekam na rozpoczęcie negocjacji z państwami członkowskimi już 9 miesięcy – dokładnie 21 marca przyjęliśmy w Parlamencie Europejskim swoje stanowisko i zgłosiliśmy gotowość do rozpoczęcia rozmów. Nie czekam z założonymi rękoma: kilkukrotnie rozmawiałem o tym z obecną prezydencją austriacką i nadchodzącą rumuńską, prosiłem również o interwencję kanclerz Merkel. Wiadomo, że Niemcy, mówiąc delikatnie, nie przyśpieszają prac nad tą dyrektywą, bo może ona zatrzymać powstawanie gazociągu Nord Stream 2. W poniedziałek wysłałem list do ministrów energii Austrii i Rumunii przed środową Radą ministrów energii UE w Brukseli, apelując o jak najszybsze zakończenie prac nad tą kluczową legislacją. Prezydencja austriacka nic już jednak raczej nie zrobi, bo kończy się 31 grudnia. Po nich przychodzą Rumuni i mam nadzieję, że zasiądą z nami do stołu negocjacyjnego. Ja jestem gotowy – choćby 1 stycznia.