"Oferujemy 10 zł brutto za godzinę i to jest najwyższa stawka w Poznaniu. Prowadzimy bezpłatne szkolenia, bony na zakupy. I to wszystko nie pomaga w przyciągnięciu pracowników. Od zaraz potrzeba przynajmniej 20 kasjerek do sklepów" - mówi DZIENNIKOWI Cezary Wieczorek z poznańskiej agencji pracy tymczasowej Feniks.

Jacek Skory, rzecznik sieci Tesco, nie ukrywa, że w niektórych placówkach wydłużą się kolejki do kasy. "Przeciętny hipermarket zatrudnia 300 pracowników. Biorąc pod uwagę urlopy, również te na żądanie, chorobowe, pozostaje do obsadzenia miesięcznie 1200 nieobecności w pracy, których nie ma jak wypełnić" - mówi Skory.

Podobne problemy mają właściciele pubów, którzy nie uruchomili w tym roku ogródków na zewnątrz lokali. "1500 zł pensji plus napiwki nie jest już żadną zachętą do pracy dla Polaków w sezonie. A na więcej mnie po prostu nie stać" - mówi wprost Grzegorz Wróblewski, właściciel pubu z Chorzowa.

Zgodnie z najnowszym raportem "Rynek pracy specjalistów”, przygotowywanym przez ekspertów Pracuj.pl w handlu i sprzedaży wolnych jest 12 tys. miejsc pracy.

Nikt nie liczy dodatkowych wakatów pracy tymczasowej w rolnictwie i ogrodnictwie. Powód jest jeden - brak jakiegokolwiek zainteresowania pracą w tych branżach. W agencji pracy tymczasowej w Szczecinie kilka razy próbowano szukać chętnych do zbierania owoców czy warzyw, ale bez powodzenia.

"Ludzie po prostu nie chcą tego robić. Pracodawcy narzekają, że nie ma kto pracować, a pracownicy odpowiadają, że za tak niskie stawki nie wezmą roboty" – mówi DZIENNIKOWI Robert Birnbach z biura KS Service.

Tymczasem stawki oferowane w Polsce wcale - wbrew obiegowej opinii - nie odbiegają od tych na Zachodzie.

"70 gr za zbiór kilograma wiśni to chyba niezły start? Niemcy nie płacą lepiej. Jeśli nic się nie zmieni, to jabłka będą w tym roku najdroższe w historii. Nie da się ich zebrać mechanicznie, pozostaje ręczna robota" - mówi DZIENNIKOWI wiceprezes Stowarzyszenia Sadowników RP Tomasz Salis.

Ale problemy z rekrutacją mają też inne branże. Pracodawcy próbują się ratować, jak mogą. Raport Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami i Szkoły Głównej Handlowej ujawnia, że podwyżki wynagrodzeń w tym roku planuje aż 90 proc. polskich firm. W stolicy niemal wszystkie. Średni wzrost wynagrodzeń ma wynieść aż 14 proc.

"Rąk do pracy i specjalistów po prostu brakuje. Firmy mają duże problemy rekrutacyjne i dlatego starają się za wszelką cenę pozyskać pracowników i przywiązać do siebie. Mogą to zrobić, oferując podwyżki i inne zachęty, jak abonamenty w prywatnych klinikach medycznych czy karnety na basen" - mówi DZIENNIKOWI Agnieszka Szefler, dyrektor operacyjna i członek zarządu PSZK.

Zdaniem Anity Wojtaś-Jakubowskiej z Grupy Pracuj, do której należy portal Pracuj.pl, w Polsce z powodu niedoboru ludzi w wieku produkcyjnym powstał typowy rynek pracownika, który dyktuje warunki, a pracodawca przyparty do ściany może jedynie przyjąć dyktat.

"To powoduje, że pracownicy mogą podbijać stawki, i należy się spodziewać, że pracodawcy będą się musieli jeszcze bardziej nagimnastykować" - dodaje Wojtaś-Jakubowska.