- Najprzyjemniejszy moment? Kiedy dostajemy wiadomość od rodzica, który mówi, że w naszych klockach musi być jakaś magia, bo maluch siedzi i bawi się nimi już 45 minut albo, że udało się zbudować wysoką wieżę, bo klocki są bardzo równe i nic nie spada – mówi Gosia Borowy z Wooden Story.

Manufaktura z Białki nieopodal Makowa Podhalańskiego to historia trzech pokoleń. Pierwsze drewniane zabawki wyszły spod rąk dziadka Borowego w 1969 roku. Jego syn i ojciec obecnego właściciela firmy – Wieśka Borowego, wykonywał je już dla dzieci "pierwszych" klientów. Przyszedł jednak czas, gdy rodzinna firma musiała zmienić profil i zajęła się produkcją innych drewnianych rzeczy jak pudełka, skrzynki czy części mebli. – Musieliśmy jakoś przetrwać czas, kiedy rynkiem zawładnęły plastikowe zabawki. Nasze nie wydawały dźwięków, nie świeciły kolorowymi światełkami, tylko pachniały drewnem – wspomina Gosia Borowy.

Nostalgia i rosnąca zamożność

Ten zapach drewna na nowo przyciągnął klientów dopiero kilka lat temu. Gosia i Wiesiek wyciągnęli z szuflad stare rysunki i projekty dziadka i ruszyli z produkcją. Co sprawiło, że się udało? – Myślę, że z jednej strony nostalgia za tym, czym rodzice współczesnych dzieci bawili się w dzieciństwie, z drugiej powrót do tego, co naturalne i dobrze wykonane, ale też rosnąca w niesamowitym tempie świadomość rodziców. Wielu z nich chce, aby ich dziecko miało zabawkę, która jest wykonana z niezwykłą starannością, przy zachowaniu ogromnego szacunku dla środowiska, otaczającego nas świata. A my używamy naturalnych barwników, nasze zabawki są nasączone tylko naturalnymi olejami i woskiem – wylicza Gosia Borowy.

Jej słowa potwierdza Marek Jankowski z magazynu "Branża Dziecięca". Stwierdza, że wymagania rodziców rosną systematycznie od kilkunastu lat. – Od momentu, gdy zaczęła się moda na zabawki edukacyjne. Rodzice zrozumieli, że to, czym otaczają swoje dziecko, a więc w dużej mierze zabawki, bardzo mocno wpływa na jego rozwój – wyjaśnia. Poza tym jak uważa nakładają się na to jeszcze dwa trendy. – Rosnąca zamożność polskiego społeczeństwa i rozwój handlu internetowego, który daje ogromne możliwości wyboru – mówi. Podkreśla też, że tzw. chińszczyzna, czyli tanie zabawki o niskiej jakości, została w dużej mierze wyeliminowana dzięki unijnym przepisom dotyczącym bezpieczeństwa zabawek.

Niekoniecznie z hipermarketu

Z raportu ARC Rynek i Opinia, który odpowiada m.in. na pytanie "Czym Polacy kierują się przy wyborze zabawek?" wynika, że jakość to po cenie drugi najistotniejszy czynnik. Tak odpowiedziało 32 proc. ankietowanych. Rodzice najchętniej kupują klocki (62 proc.), zabawki kreatywne (61 proc.), gry planszowe (59 proc.) oraz puzzle (58 proc.). W raporcie Deloitte najchętniej kupowanych prezentów dla dzieci do lat 12 w pierwszej trójce oprócz klocków i zabawek kreatywnych znalazły się też książki.

Zdaniem Justyny Ziembińskiej-Uzar prowadzącej blog kupujepolskieprodukty.pl rodzice coraz częściej szukają zabawek od niszowych producentów, których próżno szukać na regałach w hipermarketach. - Wejście do takich sklepów bywa zresztą często poza możliwościami finansowymi małych producentów - zauważa. - Bardzo często są to zabawki tworzone ręcznie w niewielkich ilościach, właśnie w małych, rodzinnych manufakturach. Sama jestem mamą i od trzech lat szukam dla swojego syna przede wszystkim takich.

Co jej zdaniem jest ich mocną stroną? - To są zabawki przede wszystkim przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, bardzo starannie wykonane i tworzone z sercem. Niektóre zachwycają designem. Małe firmy czy też manufaktury przywiązują ogromną wagę do jakości używanych materiałów i do tego, aby ich produkt spełniał wszelkie normy bezpieczeństwa. Bardzo często pomysły na te zabawki rodzą się z potrzeb ich dziecka, więc nie stoi za nimi starannie przemyślany biznesplan – wyjaśnia.

Trwałość szlifowana własnym doświadczeniem

Tak było w przypadku Oloka-Gruppe, którą od trzech lat prowadzi małżeństwo z Toszka – Agnieszka i Dariusz Szczepańscy. On inżynier, ona po studiach prawniczych. Gdy urodziła im się córka, sentyment do drewnianych zabawek powrócił. – Chcieliśmy kupić dla Apolonii drewniany wózek do zabawy. Kiedy już trafił do nas ten jedyny wymarzony, po dwóch tygodniach było już po nim. Nie wytrzymał zderzenia ze ścianą. Stwierdziłam wtedy, że obydwoje zrobimy lepszy, trwalszy. Już wcześniej majsterkowaliśmy, robiliśmy meble między innymi do naszej kuchni. Zaprzyjaźniliśmy się ze stolarzem, jemu spodobały się nasze projekty, polecił nas komuś i tak to się zaczęło – opowiada Agnieszka.

Doszła do tego chęć zmiany zawodu. Od marca 2016 roku zajmują się tylko i wyłącznie własnym zabawkowym biznesem. Agnieszka tworzy projekty, Darek dopracowuje je w programie graficznym. Tak przygotowane, trafiają do stolarza. Gdy w surowym stanie wracają do Szczepańskich są szlifowane, malowane i wreszcie testowane przez pięcioletnią Apolonię. Przygoda z pierwszym wózkiem sprawiła, że w każdej zabawce zastosowane zostały bezpieczne rozwiązania takie jak antypoślizgowe koła, zaokrąglone krawędzie, czy bukowe patyki, dzięki którym zabawka jest bardziej odporna na wstrząsy czy uderzenia.

Sukces goni sukces

W 2016 roku magazyn "Forbes" ogłosił, że w 2015 rodzimi producenci zabawek ustanowili rekord i wysłali za granicę produkty warte 4,6 mld złotych (rok wcześniej były to niecałe 3 mld złotych). Polski rynek producentów zabawek to ponad 250 firm. Na czele stoi wielka piątka, czyli Cobi (klocki), Granna (gry planszowe), Wader (samochodziki, klocki oraz akcesoria do zabawy), Canpol (akcesoria dla niemowląt i zabawki dla małych dzieci) oraz Trefl (puzzle). Poza nią siłą polskiego rynku zabawkarskiego zaczynają być małe manufaktury. I to właśnie ich produkty coraz częściej trafiają do dziecięcych pokoi na całym świecie.

To prawda, że polskie zabawki bardzo się za granicą podobają. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że są nawet podrabiane – mówi Justyna Ziembińska-Uzar. Zwraca uwagę, że zabawki nie tylko są kupowane, ale też zdobywają uznanie na prestiżowych targach branżowych jak Kind und Jugend w Kolonii. - Produkty dla niemowląt i małych dzieci marki Lullalove podbiły nie tylko serca europejskich rodziców, ale i zawędrowały nawet na rynek australijski i południowokoreański. Szumisie, ogromną popularnością cieszą się we Francji i w Niemczech, choć oczywiście szumią do snu dzieciom i z innych krajów. Z kolei miś Whisbear w rok po debiucie na polskim rynku trafił do Wielkiej Brytanii, wygrywając konkurs Innovation Award 2016. Przykłady można by mnożyć. Rozchwytywane są polskie zabawki drewniane – szczególnie w Niemczech, w krajach skandynawskich, we Francji, Hiszpanii, we Włoszech oraz w Stanach Zjednoczonych czy w Kanadzie – wymienia sukcesy polskich firm blogerka.

Wśród nich znalazła się także Oloka-Gruppe. Ich drewniane domki "Kolos" zostały zamówione przez Instytut Sztuki w Waszyngtonie. Ich produkty trafiają również do Anglii, Irlandii, Słowacji, Holandii, czy Australii. Dla Wooden Story właśnie zainteresowanie niemieckiego kontrahenta było bodźcem do tego, aby po latach znowu spróbować swoich sił w biznesie. – Gdy 20 lat temu zajmowaliśmy się zupełnie inną produkcją, od czasu do czasu dostarczaliśmy zabawki za granicę, głównie do Niemiec, ale sprzedawane były tam pod nazwami innych marek. Pamiętam, że gdy przewoziliśmy je przez granicę, trzymano nas do rana, bo nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego i po co wieziemy drewniane zabawki. Zapaliło nam się zielone światło, że być może trzeba ten moment zainteresowania wykorzystać – śmieje się Gosia Borowy. Dziś ich klockami bawią się dzieci z Japonii, Szwecji czy Stanów Zjednoczonych.

Siła Instagrama

Co pomaga zaistnieć poza ojczyzną? – Wydaje mi się, że nie tylko polscy rodzice są znudzeni wszechobecną chińszczyzną i plastikowymi zabawkami, którymi często dziecko bawi się przez chwilę, by na dłużej zatrzymać właśnie przy klockach drewnianych czy przy "zwykłej" szmacianej-lalce. Lubimy nowości, lubimy rzeczy, które są w pewien sposób unikalne, bo nieprodukowane masowo w dużych fabrykach. Wreszcie – lubimy rzeczy piękne, a polskie zabawki potrafią zachwycić estetyką i jakością wykonania. Chcemy mieć także pewność, że zabawki są bezpieczne – a polscy producenci naprawdę mocno nad tym panują i tego pilnują – mówi Ziembińska-Uzar.

Polskim manufakturom "dobrze zrobiła" również sierpniowa wizyta książęcej pary w Polsce. Na potrzeby ich dzieci – George’a i Charlotty - pokój oraz plac zabaw zostały wyposażone w polskie zabawki takich marek jak Planeco czy Turkusowa Pracownia.

Z marketingowego punktu widzenia polskim markom w przebiciu się przez granice pomaga też brak bariery językowej oraz wszechobecne media społecznościowe. Bardzo często firmy debiutują, mając już wcześniej przygotowaną stronę w wersji anglojęzycznej a nawet w kilku innych językach. Ważnym aspektem a właściwie standardem jest możliwość wysyłania produktów za granicę oraz obecność w mediach społecznościowych i na popularnych platformach zrzeszających twórców handmade jak DaWanda, Pakamera, czy Showroom.

To właśnie na DaWandzie znalazł nas Nowy Jork i zamówił domki do Instytutu Sztuki – mówi Agnieszka z Oloka-Gruppe. Przyznaje, że ogromną siłę promocyjną odkrywa w Instagramie. – To tam w dużej mierze znajdują nas nasi klienci – przyznaje.

Kosztowna promocja

Droga do sukcesu nie jest jednak usłana różami. – Mówi się, że o tym czy biznes będzie istniał, decydują trzy pierwsze lata. My mamy je już za sobą. Zaczynamy wychodzić na prostą, ale prawda jest taka, że na początku więcej trzeba było dołożyć, niż udawało się zarobić – przyznaje Agnieszka. Pytana o to, co jest największą przeszkodą, wskazuje koszty promocji. – Mała firma nie jest w stanie promować się za duże pieniądze. Mieliśmy to szczęście, że braliśmy udział w kilku sesjach zdjęciowych do magazynów, wystawiamy się też na targach wnętrzarskich, bo ta branża zaczyna dosyć mocno zauważać zabawkarski rynek – wyjaśnia.

Cieszy ją coraz bardziej świadome podejście klientów. – Wychodzą z założenia, że wolą zapłacić więcej, złożyć się całą rodziną na coś, co dziecku posłuży przez lata. Zdarza się, że w naszych domkach najpierw mieszkają lalki, a potem płyty albo książki – mówi.

A tego rodzaju zabawki do tanich nie należą. Koszt klocków z manufaktur waha się od 50 do 300 złotych za pudełko, wózek to wydatek rzędu 200-500 złotych a za domek dla lalek trzeba zapłacić w granicach 600-1000 złotych.

Nad tym, jak pozyskać krajowego klienta, zastanawia się z kolei Gosia Borowy. Marzy, by targów dla producentów zabawek było zdecydowanie więcej. Świadomość się zmienia, ale na sukces jeszcze trzeba poczekać. - Produkcja w drewnie to nie jest wsypanie granulatu do maszyny, z której wyskakuje gotowa zabawka jak w przypadku plastikowych zabawek, ale ręczna robota. Każdy klocek jest odpowiednio przygotowywany, szlifowany, głaskany. A to kosztuje. Jak się policzy koszty, prowizje sklepowe, to tak naprawdę niewiele zostaje. Co jest dla mas ważne? Radość i uśmiech na twarzach naszych klientów czyli dzieci i zadowolenie ich rodziców – mówi.