Propozycja, jaką przedstawi Komisja Europejska, to wynik uzgodnień szczytu klimatyczno-energetycznego z października 2014 r., na którym przywódcy unijni ustalili cele redukcji emisji gazów cieplarnianych na 2030 rok.

O ile w przypadku sektorów objętych unijnym systemem handlu uprawieniami do emisji (ETS) szefowie państw i rządów "28" dość dokładnie ustalili, jakie obciążenia spadają na dany kraj, to w przypadku sektorów spoza ETS przyjęto jedynie ogólne zapisy odnoszące się do całej UE. Projekt Komisji, którego główne założenia poznała PAP, mówi o rozłożeniu celów na poszczególne kraje unijne.

Zadanie nie było proste, a prace nad podziałem obciążeń między państwa członkowskie trwały od miesięcy. W trakcie szczytu klimatycznego w 2014 r. przywódcy nie mogli osiągnąć porozumienia, w efekcie we wnioskach zapisano, że każde z państw UE będzie redukować emisję z sektorów non-ETS, czyli budownictwa, rolnictwa czy transportu, realizując cele krajowe na poziomie od zera do minus 40 proc. w stosunku do 2005 r. Innymi słowy żaden z krajów UE nie może zwiększyć emisji, a maksymalna redukcja wyniesie 40 proc.

Komisja Europejska pracowała nad przypisaniem każdemu z krajów UE odpowiedniej liczby, tak by w skali całej UE zmniejszenie emisji przez sektory nieobjęte ETS wynosiło w sumie 30 proc.

Według informacji PAP ze źródeł zbliżonych do KE cel dla Polski na 2030 r. ma wynieść minus siedem procent. Innymi słowy nasz kraj do końca przyszłej dekady będzie musiał zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych w budownictwie, gospodarce odpadami, rolnictwie czy transporcie o 7 proc. w stosunku do 2005 r. Jeśli w środę ta liczba się potwierdzi, dla Polski będzie to niekorzystne. W dotychczasowej perspektywie czasowej do 2020 r. możemy zwiększać emisję z non-ETS o 14 proc. W kolejnej dziesięciolatce nie mogło być o tym mowy, ale przedstawiciele naszych władz zabiegali o to, żeby przypisano nam zerowy wzrost.

Każda redukcja oznacza bowiem duże koszty. Polska jako kraj na dorobku chciałaby raczej zwiększać emisję w sektorach non-ETS, niż ją ograniczać. Trudno bowiem redukować emisję wynikającą np. z ogrzewania budynków, jednocześnie budując ich coraz więcej, a Polska chcąc gonić Zachód pod względem dostępnego metrażu na osobę w mieszkalnictwie będzie musiała budować.

Podobnie sytuacja wygląda w transporcie, gdzie również daleko nam do tego, by mieć tyle samochodów na gospodarstwo domowe, co np. Niemcy. W rolnictwie z kolei do wzrostu emisji przyczyniać się będzie zwiększanie liczby bydła. Jeśli nasze gospodarstwa będą się rozrastały, nie uda się tego uniknąć.

Wielkość emisji zaliczanych do non-ETS jest w Polsce podobna do emisji objętych unijnym systemem handlu uprawieniami do emisji (ETS). KE ma wyznaczyć ścieżkę dojścia do celu na 2030 r., pokazując rok do roku, o ile ma się zmniejszać emisja. Punktem wyjścia dla takiej trajektorii ma być średnia z lat 2016-2018. Dla Polski oznaczać to będzie, że będziemy mogli startować z korzystniejszego pułapu (bo do 2020 możemy zwiększać emisje), ale im bliżej 2030 r., tym większy będziemy musieli podejmować wysiłek redukcyjny.

Według źródeł PAP Komisja nie przychyliła się do postulatu naszego kraju, dotyczącego zarządzania lasami w ramach działań mających ograniczać emisję gazów cieplarnianych do atmosfery. Polska chciała, by pochłanianie CO2 przez lasy było uwzględnione w ramach systemu ETS, dzięki czemu mielibyśmy więcej pozwoleń na emisję.

"Te propozycje są dalekie od ideału" - powiedział PAP pragnący zachować anonimowość polski dyplomata w Brukseli. Zapowiedział jednak, że nasz kraj będzie zabiegał o ich zmianę podczas negocjacji na poziomie państw członkowskich. Modyfikacja celu redukcji na 2030 r., która jest kluczowa w tej propozycji będzie jednak bardzo trudna, bo jakiekolwiek zmniejszenie obciążeń dla Polski oznaczałoby, że musiałby one zostać przejęte przez inne kraje UE.