W zasadzie Grecja już jest bankrutem. To państwo, które ma duży problem z obsługą swoich zobowiązań bez wsparcia z zewnątrz. Kolejna odsłona greckiej tragedii właśnie trwa. Teoretycznie do 5 czerwca Grecja musi spłacić kolejną transzę swych należności wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego (około 300 mln euro, łącznie w czerwcu 1,55 mld euro). Jeśli tego nie zrobi nie otrzyma kolejnej transzy pomocy z instytucji międzynarodowych w wysokości ponad 7 mld euro.

Grecja w tej grze stosuje moralny szantaż: jeśli nie dostanie pieniędzy może ogłosić niewypłacalność, co jest prostą drogą do wyjścia ze strefy euro. Największy straszak przed formalnym usankcjonowaniem bankructwa Grecji to właśnie obawy europejskich polityków przed skutkami tzw. grexitu – czyli wyjścia Greków ze strefy euro. Choć analitycy twierdzą, że rynek od dawna jest już na to przygotowany, a grexit jest „w cenach” to tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, jakie konsekwencje mogłoby mieć wyrzucenie Hellady z eurolandu.

CZYTAJ TAKŻE: Wyrzucą Grecję ze strefy euro? Szefowa MFW: Negocjacje to nie spacerek>>>

- Nie wiadomo choćby na jakich zasadach miałoby się takie wyjście odbyć, jakie byłyby tego skutki. Jest duża bariera psychologiczna – ale też techniczna – przed przeprowadzeniem takiego ruchu – mówi Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. A Rafał Benecki z Banku ING dodaje, że taka niepewność i destabilizacja to w tej chwili ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje strefa euro.

- Wyjście Grecji pokazałoby, że obecność w strefie euro nie jest dana raz na zawsze i jest opcjonalna. A to mogłoby wywołać jakieś separatystyczne ruchy w obrębie strefy, co mogłoby zacząć rozsadzać ją od środka. Taki scenariusz byłby zły, bo po tych wszystkich turbulencjach związanych z kryzysem europejska gospodarka powinna skupić się na odbudowie koniunktury. A do tego potrzebna jest stabilizacja – ocenia Benecki.

Ale sprawa nie jest taka jednoznaczna. Według Kamila Cisowskiego z PKO BP bankructwo Grecji mogłoby wyjść Europie na zdrowie. Grecki rząd nie wydaje się być zdeterminowany do kontynuowania reform, w odróżnieniu od innych tzw. krajów peryferyjnych strefy euro (Portugalia, Hiszpania, Włochy). Za to oczekuje finansowego wsparcia.

- Długoterminowo korzystniejsze byłoby chyba wyrzucenie Grecji ze strefy euro i wydaje się, że taka wola do pewnego stopnia istnieje. Teoretycznie to Międzynarodowy Fundusz Walutowy zajmuję twardszą postawę wobec Grecji , niż instytucje europejskie, ale wydaje mi się, że zarówno Europejski Bank Centralny, jak i szefowie najbardziej liczących się państw w UE mogą podjąć to ryzyko – mówi Kamil Cisowski.

Argumenty? Ryzyko efektu domina w strefie euro (gdzie upadek Grecji wywołałby bankructwa innych członków strefy) jest dziś minimalne. Kraje, które w czasie kryzysu zadłużenia miały problemy podobne do greckich uporządkowały finanse publiczne i gospodarczo wychodzą na prostą. Rynek to docenia, bo rentowność obligacji Hiszpanii czy Portugalii jest dziś rekordowo niska. Poza tym nie ma też jakiegoś zagrożenia gospodarczym krachem całego eurolandu – według Cisowskiego Grecja wypracowuje zaledwie 1,3 proc. w PKB całej strefy. Tym bardziej, że Grecja po kryzysie zadłużenia ma niewielu wierzycieli prywatnych – jej niewypłacalność uderzyłaby przede wszystkim w instytucje międzynarodowe, jak MFW, czy EBC. To zresztą jeden z powodów, dla których przedstawiciele tych instytucji w ogóle jeszcze podejmują rozmowy z Grecją.

- Z tej perspektywy UE miałaby bardzo niewiele do stracenia na wyjściu Grecji, a pozbyłaby się problemu, który dziś wydaje się nierozwiązywalny, bo w Grecji nie ma woli politycznej, by przeprowadzić reformy do końca – mówi Kamil Cisowski.

Co grexit oznaczałby dla nas? Przede wszystkim osłabienie złotego do dolara i franka szwajcarskiego. Zamieszanie, jakie powstałoby po ogłoszeniu niewypłacalności Grecji skończyłoby się osłabieniem euro i ucieczką kapitału z tzw. rynków wschodzących. A do takich zalicza się Polska.

- Osłabienie euro tak naprawdę w 80 proc. przypadków powoduje też osłabienie złotego. Często złoty reaguje silniej niż samo euro na to, co dzieje się w eurolandzie. Z dużym prawdopodobieństwem można wiec zakładać, że złoty straci do franka i dolara, bo euro również się osłabi wobec tych walut – mówi Kamil Cisowski.

Z drugiej strony Polska ma dość słabe kontakty handlowe z Grecją, nasze instytucje finansowe nie prowadza tam interesów – więc greckie osłabienie złotego nie powinno trwać długo. Mało też prawdopodobne, by ucierpiała na tym dynamika polskiego PKB. I to z dwóch powodów. Pierwszy: wymiana handlowa Polski z Grecją jest minimalna. Drugi – osłabienie euro mogłoby paradoksalnie pomóc gospodarce eurolandu, bo wzmocniłoby europejski eksport (stałby się relatywnie tańszy, a przez to bardziej konkurencyjny). Dla polskich firm, ściśle kooperujących z przedsiębiorcami ze strefy euro (zwłaszcza z Niemiec) to byłaby bardzo dobra informacja.

Z ekonomistów mało kto wierzy jednak w scenariusz grexitu. Grzegorz Maliszewski mówi, że problem będzie rozwiązywany tak jak dotychczas: przed zbliżającym się terminem spłaty długu Grecja będzie wdawała się w próbę sił ze swoimi wierzycielami.

- Tutaj każdy gra swoją grę, ale Grecy nie chcą tak naprawdę ogłaszać niewypłacalności, a strefa euro nie chce ich wyrzucać ze swojego grona. Najbardziej prawdopodobne jest więc zawieranie doraźnych kompromisów, które będą uspokajać na chwilę nastroje na rynku. Ale problemu nie rozwiążą – mówi Grzegorz Maliszewski.