W zeszłym tygodniu Rosjanie podnieśli po raz kolejny cenę "błękitnego paliwa" dostarczanego Ukrainie. Obecnie Naftohaz płaci za 1000 metrów sześciennych gazu 468 dolarów. Dla porównania klienci z Europy Zachodniej za tę samą ilość gazu płacą średnio o 100 dolarów mniej.

Marek Sierant, ekspert do spraw Ukrainy twierdzi, że Rosja jest w stanie w obecnej sytuacji zdecydować się na wojnę energetyczną z Ukrainą. - Po tym co zrobiła na Krymie wszystko jest możliwe - zaznacza Sierant.

Piotr Maciążek ekspert portalu Defense24.pl dodaje, że w dłuższej perspektywie Rosja jest obecnie skazana na współpracę gazową z Ukrainą. - Kilkudniowa wojna gazowa jest teoretycznie możliwa. Nie będzie ona opłacalna dla Gazpromu bowiem pogorszy swój wizerunek u odbiorców w Europie Zachodniej - przekonuje analityk. Piotr Maciążek zwraca też uwagę, że Gazprom jest skazany na eksport części gazu do Europy. Z powodu braku odpowiedniej infrastruktury przesyłowej, czy terminali LNG, Rosjanie nie są na chwilę obecną w stanie przekierować dostaw błękitnego paliwa z kierunku zachodniego na wschodni.

W zeszłym tygodniu władze w Kijowie zapewniały, że spór o cenę nie zakłóci tranzytu tego paliwa na Zachód. Ukraina chce płacić za rosyjski gaz 268 dolarów za tysiąc metrów, a nie prawie 500, jak chce Gazprom. Minister energetyki Jurij Prodan twierdził, że jeżeli nie uda się porozumieć z Moskwą, wtedy Kijów zwróci się do trybunału arbitrażowego w Sztokholmie. Zapewnił przy tym, że Ukraina zrobi wszystko, aby nie było kłopotów z tranzytem rosyjskiego gazu do Unii Europejskiej. Kijów będzie dokładnie wykonywać swoje zobowiązania.

Rząd przygotowuje się też do ewentualnego wstrzymania przez Rosjan dostaw gazu na Ukrainę. Prowadzone są rozmowy o imporcie paliwa z Polski, Słowacji i Węgier. Cena tysiąca metrów sześciennych miała by być o 100 - 150 dolarów niższa od propozycji Gazpromu.