We wtorek nad ranem, gdy w Azji trwała sesja, złoty zanotował 30-miesięczne minima wobec euro. Polska waluta osłabiła się do poziomu 3,53 zł do dolara i 3,73 zł do franka szwajcarskiego. Jeszcze przed południem na rynku interweniował Bank Gospodarstwa Krajowego, wykorzystując mocny kurs walut na rynku do sprzedaży części z puli środków pochodzących z Unii Europejskiej. Słownie interweniował także NBP, tym razem głosem prof. Anny Zielińskiej-Głębockiej, członka Rady Polityki Pieniężnej. Powiedziała ona, że huśtawka na złotym nie ma odzwierciedlenia w polskiej gospodarce i jej zdaniem jest to wyraźnie gra krótkoterminowa. Interwencje zadziałały, kurs euro zszedł do 4,56 zł.

– Nadal jednak złoty jest w trendzie spadkowym. Jesteśmy dużym, najbardziej płynnym rynkiem w regionie i dlatego bardziej odczuwamy zmiany nastrojów – wyjaśnia Arkadiusz Urbański, ekonomista Pekao SA. Przez tę dużą płynność łatwiej także zarobić spekulantom grającym na osłabienie złotego. Tracimy na tym wszyscy. – Rata 30-letniego kredytu na 300 tys. zł zaciągniętego we frankach szwajcarskich w połowie 2008 r. przy kursie zakupu CHF 1,97 zł na początku wynosiła 1549 zł, dziś przy kursie spłaty kredytu 3,85 zł za CHF klient musi oddać 1977 zł, czyli 30 proc. więcej – policzyła Halina Kochalska, analityk Open Finance.

Do tego słaby złoty podbija inflację, która w listopadzie wyniosła 4,8 proc., a w tym miesiącu, jak twierdzą ekonomiści, może być niewiele niższa. W efekcie kurczą się realne dochody gospodarstw domowych i oszczędności.

– Osłabienie złotego wywołane jest sytuacją zewnętrzną, bo fundamenty polskiej gospodarki nie uzasadniają takich ruchów waluty. Na rynkach panuje bardzo duża niepewność i takie spekulacje są naturalnym odzwierciedleniem tej sytuacji – mówi nam wiceminister finansów Ludwik Kotecki. Dlatego analitycy spodziewają się w grudniu kolejnych ataków spekulacyjnych na naszą walutę.