Zwyczajowo końcówka półrocza była dobra dla rynków finansowych, ale nie tym razem. Pesymizm wynikający z obaw o światową gospodarkę przysłania interes tych, który liczyli na „window dressing” na rynkach akcji. Pojawia się coraz więcej głosów o tym, iż czekać nas może kolejna fala kryzysu (wczorajsza wypowiedź amerykańskiego noblisty Paula Krugmana), a inwestorzy zaczynają zdawać sobie sprawę z problemu jakim jest nadmierne zadłużenie niektórych krajów.

Tym samym weekendowa deklaracja, jaka padła na szczycie G-20, iż największe potęgi gospodarcze świata postarają się zredukować deficyty budżetowe o połowę w ciągu 3 lat, może być odbierana dwojako. Z jednej strony to dobrze, że zwyciężyła „opcja europejska” zachęcająca do reform, mimo, że mogą one chwilowo oznaczać spowolnienie wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony to też jasny sygnał dla rynków finansowych, iż okres pompowania rządowych pieniędzy dobiegł końca i gospodarki muszą zacząć radzić sobie same. I tu jest najwięcej obaw, bo czy sobie poradzą? Na razie dane makroekonomiczne jakie napływają z USA nie budzą szczególnego optymizmu.

W efekcie inwestorzy ponownie zaczynają kierować się w stronę bezpiecznych aktywów, gdzie prym na razie wiedzie szwajcarski frank. Przez nieco błędną komunikację z rynkami finansowymi, Narodowy Bank Szwajcarii dopuścił do dość wyraźnej aprecjacji lokalnej waluty, która w relacji do euro ustanowiła historyczne maksima. Wydaje się, że na dłuższą metę ten stan nie jest do utrzymania. Swoją pozycję zaczyna odbudowywać także amerykański dolar, do czego przyczynia się powrót obaw związanych z kondycją europejskich banków.

W tym tygodniu muszą one zwrócić do Europejskiego Banku Centralnego, bądź zrolować dużą część tanich pożyczek, które są warte aż 442 mld EUR. Inwestorzy obawiają się, czy nie wpłynie to ujemnie na płynność na rynku międzybankowym, a także nie będzie rzutować na planowane w tym tygodniu aukcje długu w Hiszpanii i Francji. W efekcie jest to jeden z motorów spadku EUR/USD, który we wtorek o godz. 10:00 oscyluje wokół 1,2215.

W kraju złoty nadal słabnie – euro jest już warte 4,17 zł, a dolar 3,41 zł. Frank drożeje do 3,13 zł. To pokłosie złych nastrojów na rynkach światowych, a także niepewności w regionie (za sprawą Rumunii). Dzisiaj na rynek napłynie nieco informacji ze strefy euro (o godz. 11:00), a także kluczowy odczyt indeksu zaufania konsumentów w USA o godz. 16:00. Jeżeli odczyty pogłębią obawy o gospodarkę, to czekać nas będą dalsze spadki na giełdach, umocnienie dolara i osłabienie złotego. Jutro kończy się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, ale wydaje się, że ważniejsza od komunikatu może być ewentualna interwencja resortu finansów w okolicach 4,20 zł za euro…

EUR/PLN: Trend wzrostowy jest coraz silniejszy i zbliżamy się do strefy oporu na 4,18-4,20. Dzienne wskaźniki potwierdzają zwyżkę. Nie wydaje się jednak, aby rejon 4,20 został sforsowany w dość łatwy sposób. Pewna korekta w okolice 4,14-4,15 nie jest wykluczona, ale raczej dopiero jutro.

USD/PLN: Dzienne wskaźniki zaczynaja pomału potwierdzać zwyżkę, a notowania przełamały dzisiaj opór na 3,40. Kolejnym celem są okolice 3,42 i dalej 3,45. Jeżeli założyć, że EUR/USD będzie dalej szedł w dół, to trudno będzie zatrzymać obecny trend. Istotniejsze może być obserwowanie zachowania EUR/PLN w okolicach 4,20 w kontekście ewentualnej interwencji.

EUR/USD: Notowania są coraz bliżej sforsowania wsparcia na 1,22. Przełamanie tego poziomu potwierdzi koncepcję zakończenia czerwcowej korekty wzrostowej i powrotu do spadków. Wtedy istotnym poziomem wsparcia będą okolice 1,2140-50. Dzienne wskaźniki zaczynają potwierdzać zniżkę. Opór to 1,2250.

GBP/USD: Funt zaczyna zawracać na południe po tym, jak wczoraj przetestowane zostały okolice 1,5130. Jednak dopiero powrót poniżej 1,4970 będzie sygnałem, iż trend wzrostowy dobiega do końca. Dzienny MACD pozostaje w silnym trendzie zwyżkowym.