"Nadal mamy poważne zastrzeżenia wobec Gazociągu Północnego. Naszym zdaniem jego budowę trzeba przedyskutować na nowo" - powiedział tuż po spotkaniu ze Steinmeierem szef estońskiej dyplomacji Urmas Paet. Estonia to kraj, który nie licząc Polski, najgłośniej protestuje przeciw ulokowaniu rurociągu na dnie Bałtyku. Swojego sprzeciwu nie waha się też głośno manifestować: w maju rząd w Tallinie nie przyjął byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, który jako szef rady nadzorczej budującej gazociąg spółki NordStream chciał przekonywać Estończyków do projektu.

Zgoda Estonii ma dla pilotujących projekt Niemców znaczenie kluczowe, bo 1200-km gazociąg łączący rosyjski Wyborg z niemiecką Gryfią (Greifswalde) miałby przebiegać przez wody znajdujące się pod estońską jurysdykcją. Można je wprawdzie ominąć, ale takie rozwiązanie pokaźnie zwiększyłoby koszt budowy. Szef estońskiej dyplomacji ujawnił, że Tallin otrzymał już od NordStreamu odpowiedni wniosek. "Decyzja zapadnie jesienią" - powiedział.

Nie chcąc biernie czekać na rozwój wypadków, minister Steinmeier już teraz próbuje zmiękczyć opór Bałtów wobec gazociągu. "Ten projekt zapewni dostawy gazu dla całej Europy. Przyniesie nam bezpieczeństwo energetyczne" - powtarzał szef niemieckiej dyplomacji na każdym z etapów zakończonej dziś podróży. Przywiózł też w rękawie kilka asów. "Steinmeier grał w Tallinie, Rydze i Wilnie kartą rosyjską" - powiedział DZIENNIKOWI estoński politolog Heiko Paabo.

"Szef niemieckiej dyplomacji mówił o tym, że wobec rosnącego w siłę Kremla trzeba trzymać się razem i wiązać moskiewskiego niedźwiedzia siecią powiązań gospodarczych. Żywo zainteresował się też ideą Europejskiego Centrum Walki z Cyberterroryzmem: autorskim projektem Estonii, która była niedawno obiektem ataku ze strony rosyjskich hakerów" - tłumaczy Heiko Paabo.

W Tallinie, Rydze i Wilnie Steinmeier przekonywał też, że projekt Gazociągu Bałtyckiego wcale nie zagraża ekosystemowi Bałtyku. To właśnie wizja kataklizmu ekologicznego wywołanego pracami przy układaniu rurociągu doprowadziła już do ostrego wystąpienia szwedzkiego i estońskiego MSZ. Jak pisał w piątek DZIENNIK, z argumentacji ekologicznej ma teraz zamiar korzystać także polski rząd. Wiadomo, że czasochłonne ekspertyzy ekologiczne, nawet jeśli nie doprowadzą do zatrzymania projektu, mogą go znacząco opóźnić lub zwiększyć koszty przedsięwzięcia. A to w przypadku projektu komercyjnego ma niebagatelne znaczenie, bo gdy przestanie się opłacać, niemieccy inwestorzy przestaną wykładać pieniądze.

Zwłaszcza że podpisany jeszcze za błogosławieństwem rządu kanclerza Schrödera układ z rosyjskim monopolistą Gazpromem ma w Niemczech coraz więcej krytyków. Kanclerz Merkel akceptuje rurociąg, argumentując, że umów podpisanych należy dotrzymywać, nie jest jednak jego entuzjastką. Projektu wciąż broni uważany za ucznia Schrödera minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier. "Rura psuje nam stosunki z ważnym sąsiadem, Polską, która uważa ją za nowy pakt Ribbentrop-Mołotow" - mówi DZIENNIKOWI niemiecki politolog Frank Umbach. Jego zdaniem coraz więcej niemieckich polityków dostrzega dziś, że myślenie o kontraktach gazowych z Moskwą w kategoriach czystego rachunku ekonomicznego jest naiwnością.

"Konflikty gazowe Rosji z Ukrainą i Białorusią pokazały Niemcom, że gaz to niebezpieczne narzędzie w rękach Kremla" - mówi. Wtóruje mu znany niemiecki ekspert Roland Götz z Fundacji Nauki i Polityki w Berlinie. "Nie jest prawdą, że gazociąg to dla Niemców złoty interes. Popłynie do nas surowiec, ze źródła, z jakiego i tak go kupujemy. Nie doprowadzi to do obniżenia kosztów. Tylko prawdziwa dywersyfikacja byłaby dobrym rozwiązaniem" - argumentuje.



RAFAŁ WOŚ: Czy dziwią pana polskie i bałtyckie protesty przeciwko Gazociągowi Północnemu?

WOLFGANG GERHARDT: Nie dziwią mnie. Mało tego, zgadzam się z częścią zastrzeżeń. Uważam też, że potrzebujemy nowej debaty o tym projekcie. Ten projekt napsuł już tak wiele w stosunkach polsko-niemieckich i nie tylko. Gdy tylko ruszy jego budowa, kontrowersje powrócą. A jeśli popłynie nim gaz, kryzys znów sięgnie zenitu.

Dotychczas wszyscy niemieccy politycy, zarówno ze schröderowskiej lewicy, jak i z chadecji pani kanclerz, powtarzali, że budowy rurociągu nie da się zablokować, bo umowa już została podpisana.
Mimo to sprawa nie jest jeszcze przesądzona. Prócz obaw o dobrosąsiedzkie stosunki z Polską są poważne ekologiczne zastrzeżenia co do tego projektu. Jeśli po kolejnych wyborach nasza partia utworzy rząd z partią kanclerz Merkel, będziemy dążyć do otwarcia dyskusji na temat przyszłości budowy.

Czy to w ogóle możliwe? Niemieccy politycy podkreślali przecież wielokrotnie, że umowę o budowie rurociągu bałtyckiego podpisały prywatne niemieckie firmy, a nie rząd. W ten sposób tłumaczyli, że nic już nie da się zrobić.
Powiem tak. Znam doskonale funkcjonowanie polityki w Niemczech i jedno jest dla mnie oczywiste: firmy E.ON i BASF, które chcą budować rurociąg, to potężne prywatne spółki. Ale i one muszą się liczyć ze zdaniem rządu federalnego, bo ściśle i za obopólną satysfakcją współpracują z państwem. Gdybym to ja był menedżerem w jednej z nich, na pewno nie zrobiłbym niczego wbrew woli szefa rządu. Dlatego jasny sygnał ze strony rządu mógłby zmodyfikować lub nawet zablokować projekt rurociągu.

Wolfgang Gerhardt, jeden z liderów największej partii niemieckiej opozycji FDP, od lat wymieniany wśród najpoważniejszych kandydatów na szefa niemieckiej dyplomacji w rządzie chadecko-liberalnym